Limerick był już wiele kilometrów za nami, kiedy sunęliśmy przed siebie drogą N21 mijając kolejno Rathkeale, Newcastlewest oraz Abbeyfeale. Po ponad godzinie jazdy przejechaliśmy przez Castleisland, w którym zjechaliśmy na N21. Stamtąd było już rzut beretem do Tralee.
Wymyśliliśmy sobie, że Tralee będzie taką naszą bramą do Przylądka Dingle. Nie mieliśmy w planie postoju w tym mieście, chcieliśmy jak najprędzej zacząć wizytację Dingle Peninsula, bo pomimo, że dopiero rozpoczynaliśmy wycieczkowanie to zdawaliśmy sobie sprawę, że czasu nam może zabraknąć. Tak więc mgnieniem przez stolicę hrabstwa Kerry i na szosę N86. A plany były raczej ogólnikowe, bez konkretnych celów i miejsc do zobaczenia. W Connemarze czy na Wyspie Achill wiedziałem mniej więcej gdzie jechać i co oglądać gdyż nieraz te krainy wizytowałem. Tutaj miał być spontan i wybory w trakcie jeżdżenia. Szykowało się ciekawie, takie imprezy są najlepsze, kiedy nie wiadomo co nas czeka, gdy znienacka pojawia się jakaś interesująca rzecz, która zachęca, wabi i z reguły okazuje się warta zobaczenia. Tak samo było z atrakcją numer 1 na naszym podróżniczym szlaku, wyskoczyła ona nagle, zza zakrętu i grzechem byłoby się nie zatrzymać, choć obserwowaliśmy ją raczej z zewnątrz, z oddali.
Blennerville Windmill

Trá Lí (Tralee) leży sobie nad zatoką Tralee Bay, sąsiaduje z nią również Blennerville – mała wioska około 1,5 kilometra od centrum miasta. Mieścinka niemalże mikroskopijna, licząca sobie kilkaset mieszkańców, ze starym mostem (Blennerville Bridge) z 1751 roku, ze szkołą z 1932 roku, z paroma pubami, z domkami ale przede wszystkim z wiatrakiem. Blennerville Windmill góruje nad okolicą, ze swoimi ponad 21 metrami jest jednym z najwyższych w Europie a przy okazji najwyższym w Irlandii. Jego wielkie skrzydła widać z daleka, generalnie bardzo ładnie prezentuje się w białych barwach. Z bliska wydaje się być jeszcze potężniejszy. Podjechaliśmy na parking przy którym znajduje się wiatrak, sklep z tradycyjnymi wyrobami rzemieślniczymi, sklep z pamiątkami a także centrum turystyczne dla odwiedzających, w którym można było zobaczyć różne wystawy oraz barwną historię Blennerville. W czasie Wielkiego Głodu, Blennerville był głównym portem emigracji z hrabstwa Kerry. Oprócz nas i jeszcze paru innych parkingowych gości była interesująca grupka zapaleńców lubujących się w starych samochodach. Przyjechali z Wielkiej Brytanii mocno wiekowymi ale zarazem pięknymi wozami, które od razu rzucały się w oczy. Porobiliśmy parę fotek okolicy, przeszliśmy się kawałek nieopodal wiatraka i po około 30 minutach jechaliśmy już dalej.




Jak pisałem wyżej, byliśmy niby bez celu podróży, ale trzeba było na popołudnie i wieczór coś znaleźć, tak aby dzionek jakoś interesująco zakończyć. Padło na rzecz, która w moim mniemaniu jest raczej mało znana a już na pewno rzadko odwiedzana. Nie wiedzieliśmy o tym miejscu praktycznie nic, nie wiedzieliśmy ile nam to może zająć czasu i jak ono wygląda. Tuż przed małą wioską Camp był ostry zakręt z małym, kamiennym mostkiem. Zjechaliśmy wtedy z drogi N86 i wjechaliśmy na mniejszą, bardzo krętą, wąską, lokalną dróżkę, która prowadziła nas na południe, do pasma górskiego Slieve Mish. Po paru kilometrach zatrzymaliśmy się. Za cel obraliśmy sobie pewien kamienny fort, znajdujący się wysoko, ponad 600 metrów w górze, po naszej lewej stronie. Caherconree Fort to otoczona kamiennym murem warownia, która powstała najprawdopodobniej ok. 500 r. p.n.e. Pomyśleliśmy sobie, że chcielibyśmy ten starodawny fort zobaczyć a przy okazji zdobyć kolejny górski szczyt. Fort bowiem zbudowano mniej więcej w 3/4 drogi na Caherconree (827 m. n.p.m.), drugim co do wielkości szczycie w Slieve Mish i 26 największy w całej Irlandii. Góra z dołu wydawała się spora aczkolwiek byłem myśli, że uporamy się z nią bez większych problemów.
Wejście na Caherconree
Wspomniałem, że zbyt wielu śmiałków na zdobywanie Caherconree nie ma. Przynajmniej tak mi się wydawało, bo w momencie naszego tam przyjazdu, było już dwoje amatorów wspinaczek. Dwójka ta pochodziła z Francji i przyjechała dużym wozem kempingowym. Najlepsze z tego wszystkiego było to, że ów para była sędziwa i jak na swój wiek konkretnie przygotowana do wyjścia w górę. Nasze zdziwienie było tym większe, gdy zobaczyliśmy dziadka z babcią na szlaku: maszerowali dziarsko przed siebie pomagając sobie specjalnymi kijaszkami, nie bacząc na nic pokonywali kolejne metry i strasznie trudno było za nimi nadążyć. Widać było, że w życiu zdobyli już wiele szczytów, że są zaprawieni w bojach i taka górka nie jest dla nich zbyt wielkim wyzwaniem. A czy była dla nas? Mieliśmy już mały trening podczas łazikowania po Benach w Connemarze, także nasze organizmy troszeczkę się już wprawiły i mniej więcej wiedzieliśmy (ja wiedziałem) czego możemy się po sobie spodziewać. Zaopatrzeni w górskie buty, w kurtki, w czapki i z aparatami na ramionach wystartowaliśmy. Parę minut przed nami wyszli Francuzi, my na początku trzymaliśmy się jakieś kilkadziesiąt metrów za nimi ale potem diametralnie się to zmieniło. Były dwie możliwości aby wejść na Caherconree. Pierwsza wiodła wytyczonym szlakiem, na którym co 100 metrów powbijano drewniane, biało-czerwone słupy, druga zakładała wejście na Caherbla – 586 metrową górę, wznoszącą się tuż obok drogi, przy której zostawiliśmy samochód i dalej pójście szczytem aż do celu. Wybraliśmy tę drugą opcję.

Podejście było inne niż to w Connemarze, miało w sobie trochę stromości ale nie aż tak jak to miało miejsce w hrabstwie Galway. Nie było skał, nie musieliśmy dokonywać wyborów trasy, po prostu szliśmy przed siebie w górę. Jedyną przeszkodą były małe, ostre i czarne, jak gdyby wypalone krzaki, które niemiłosiernie kuły i opóźniały wspinaczkę. Bez mocnego, górskiego obuwia z całą pewnością byłby spory problem dla stóp. W pewnej chwili krzaki się skończyły ale do szczytu był jeszcze kawałek. My wspinaliśmy się na Caherble a dziadkowie szturmowali Caherconree, raz po raz próbowałem ich zlokalizować na trasie, co było dosyć trudne biorąc pod uwagę jak majestatycznie prezentowała się ta ponad 800 metrowa góra i jak maleńcy na jej tle byli ludzie. Wdrapaliśmy się na samą górę plus/minus po godzinie i 20 minutach, ostatnie kilkadziesiąt metrów można było poczuć w nogach, pojawiła się delikatna stromizna, którą trzeba było sforsować. Ze góry rozciągał się fantastyczny widok na Zatokę Castlemaine a w dalszej perspektywie na szczyty Półwyspu Kerry. Wędrówka grzbietem i kolejna, tym razem krótsza i lżejsza wspinaczka zabrała nam kolejne 30 minut. W tym czasie wpadliśmy w niezwykle mocny prąd powietrzny, wiało tak intensywnie, że niemal można się było na tych podmuchach wiatru położyć. Po drodze napotkaliśmy wracających z góry Francuzów, którzy byli rozczarowani wizytą w forcie, nas to oczywiście nie zraziło i szybko powędrowaliśmy do punktu docelowego.
W twierdzy Króla Chúroí Mhic Dáire




To co zobaczyliśmy na górze, z całą pewnością większości turystów by się nie spodobało, byliby rozczarowani i psioczyliby, że wspinali się na darmo. Nam to jednak w żaden sposób nie przeszkadzało, że z pradawnego fortu ostał się tylko, postrzępiony i podziurawiony mur. Sam fort wybudowany został w niezwykle trudno dostępnym miejscu, 625 metrów n.p.m., z dwóch stron otoczony ponad 100 metrowymi urwiskami a z trzeciej wspomnianym murem obronnym, który miejscami sięgał 3 metry wysokości i był długi na 110 metrów. Teren fortu to około 2 hektary powierzchni i stoi on na fizycznej granicy gdzie kończy się zakres pasma Slieve Mish, jest to również granica Półwyspu Dingle ze stałym lądem. Według legendy Caherconree było twierdzą króla Ulsteru – Cu Roi MacDaire’a. Swego czasu uprowadził on i przetrzymywał urodziwą Blathnaid. Pech chciał, że owa niewiasta była przyjaciółką ulsterskiego herosa – Cúchullaina. Blathnaid zamknięta w Caherconree tylko czekała aż jej ukochany zaatakuje warownię. W tym celu wylała mleko do źródła rzeki Finglas, znak zauważył Cúchullain, przybył z odwetem, zdobył twierdzę, zabił króla i złączył się z ukochaną. Cu Roi MacDaire był niezwykłym wodzem, uważano go za pół-boga, podobno miał zdolność przyjmowania wielu form, które dla wrogów były przerażające i śmiertelne zarazem. Potrafił bronić twierdzy nawet, podczas swojej w niej nieobecności.
Zastanawialiśmy się i wyobrażaliśmy sobie jak te 2500 lat temu mogło wyglądać życie w Forcie Caherconree? Jakie i czy w ogóle były jakieś domostwa, ilu było broniących twierdzy a ilu normalnych ludzi? Czy król miał swoją własną, specjalną miejscówkę? Pytań i jest mnóstwo, niestety w okolicy nie było żadnej informacji na ten temat, nie było żadnej mapy czy obrazka z rekonstrukcją fortu. Z całą pewnością bardzo ważną funkcję spełniały owce i kozy, które dawały pożywienie ale również odzież. Dziś trudno sobie wyobrazić ludzi mieszkających tam na co dzień, podczas zimowych miesięcy w futrach z owczej wełny, w butach ze skóry, przemoczonych i nieustannie targanych silnym wiatrem. Tak samo jak ciężkie panowały tam warunki do życia tak samo trudno było fort zdobyć. Jedyną drogą było szturmowanie od strony północno-wschodniej, czyli tam gdzie znajduje się masywny mur. Ale żeby zacząć atakować należało się pierwsze wspiąć, sama wspinaczka w tamtym okresie nie należała pewnie do najłatwiejszych a potem jeszcze trzeba było skupić wszystkie siły na szturmowaniu wroga. Twierdza usytuowana była w bardzo podobny sposób jak Kamienny Fort na Wyspach Aran. Tam i tu z jednej strony był wysoki spad w dół a także gruby mur, od którego strony można było forsować wrogi teren.

Podeszliśmy jeszcze kawałek wyżej,tak żeby wspiąć się do końca, aby zdobyć szczyt i z czystym sumieniem schodzić w dół. Z czubka Ceherconree jest jeszcze kawałek drogi na sąsiednią górę, największą z całego pasma Slieve Mish – Baurtregaum, która wyrosła sobie na 852 metry n.p.m. Była już 17:30 na osi i niestety czas nas pomału gonił, trzeba było przeznaczyć minimum 1,5 godziny na zejście a następnie znalezienie miejscówki na nocleg. Dlatego zrezygnowaliśmy ze zdobycia korony Slieve Mish i pozostawiliśmy tą większą górę na kiedy indziej. Jak to podczas wspinaczek bywa, im wyżej w górze, tym piękniejsze rozciągają się widoki w dole. Krajobraz, w którym się znaleźliśmy obfitował w cieszące oko pejzaże. Praktycznie z każdej strony, gdzie byśmy się nie odwrócili atakowała nas niespotykana na co dzień przestrzeń. Widzieliśmy Ocean, widzieliśmy zatoki, góry, setki metrów w dole, ślicznie oświetlane przez przebijające się przez chmury promienie słońca były małe poletka, wszystko sprawiało, że czuliśmy się świetnie, że byliśmy tymi widokami zachwyceni. Na samej górze również mieliśmy okazję nacieszyć oko: ładna dolinka z dwoma niewielkimi jeziorkami prezentowała się niczego sobie. Pora jednak było wracać, wybiła godzina 17:50 i słońce powoli szykowało się do spania. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze tylko raz, a właściwie zatrzymał nas zachód słońca i niepowtarzalny widok na przeciwległe szczyty Moanlaur, Knockbarck i Lack Mountain. Ujęcia fotograficzne nachodzących na siebie gór były niesamowite. Idealnie w to wszystko wkomponowywało się słońce nadając całości przyjemne i ciepłe barwy.




Teren i podłoże dolnej część szlaku, już na tym odcinku, że tak powiem płaskim, były niezwykle nasiąknięte. Trzeba było nieźle się nagimnastykować aby nie wpaść do błotnistej kałuży. Udawało nam się to niemal do samego końca, wtedy nastąpił jeden z ostatnich skoków, w którym źle obliczyłem odległość i wpakowałem się do błotka niemalże po kolano. Niestety w dalszej części podróży ucierpiał mój komfort wędrówki, buty były mokre i nie udało ich się wysuszyć (a może niezbyt się do tego suszenia przykładałem?). Nieważne, chodziłem w zapasowych adidasach. 🙂 Przy aucie zameldowaliśmy się o 18:40, w międzyczasie minęliśmy jeszcze jedną grupkę 3 osób, która wybierała się w górę. A my zmęczeni, bo jednak trochę sił trzeba było wygospodarować, założyliśmy suche ubrania, zapakowaliśmy się do wozu i podążyliśmy tą samą drogą, którą przyjechaliśmy. Cel był już tylko jeden: znaleźć miejsce na spanie…



Świetne światło mieliście na Caherconree, fantastyczne. A miejsce pierwsza klasa!
O tak, światełko w pewnym momencie zrobiło się bardzo dobre, choć w tym dniu z pogodą było tak trochę niewyraźnie. Najważniejsze, że deszcz nie zleciał. Co do miejsca to rzeczywiście pozytywnie nas zaskoczyło, już nie chodzi o sam fort na górze ale generalnie o okolice szczytów Slieve Mish. Nie wiedziałem czego można się po górach w Dingle spodziewać, tym bardziej byliśmy uradowani, kiedy nagle znaleźliśmy się w takiej scenerii i w takich okolicach.
pozdrawiam!
ps. coś tam za szwankowało z dodawaniem komentarzy u Ciebie w temacie o 7 zagadkach. Nie mogłem (i w sumie dalej nie mogę dodać tego co sobie napisałem. Hehe, teraz wiem jakie jest to frustrujące. 😉
Caher Conree, Caher Conree… Coś mi ta nazwa mówiła, więc sprawdziłam album z wyprawy do Kerry i już wszystko wiem. To jest ten fort, do którego nie chciało nam się wspinać 😉 Przegapilibyśmy go, gdyby nie ta zielona tabliczka tuż koło drogi. Wiesz co? Nawet nie sądziłam, że dojście do niego zajmie tyle czasu, bo z drogi widać było jakieś kamienne murki i dystans nie wydawał się zbyt wielki. Zbyt ciemno było na wspinaczkę. A poza tym byliśmy już zmęczeni po całym dniu zwiedzania. Może innym razem – warto chociażby dla widoków! 🙂
Pozdrawiam serdecznie 🙂
Hej Taito!
A widzisz, Ty czegoś nie zobaczyłaś to ja tam dotarłem, uzupełniamy się hehe 🙂 Mam nadzieję, że na tyle ciekawie to przedstawiłem, że następnym razem zorganizujecie sobie wspinaczkę. Tak 4 godzinki myślę, że wystarczy na wejście, pobycie na górze trochę i zejście. Dobrze trafić, tak jak nam się udało, na zachodzące słońce, świetnie wszystko było oświetlone.
Pozdrowienia! 🙂