Jak na jeden dzień, to wrażeń turystyczno-wspinaczkowych było aż nadto. W miarę spokojne zwiedzanie zamku w Limerick, przechadzka nieopodal wiatraka w Blennerville, znacznie bardziej intensywna wizyta na stokach i szczytach masywu górskiego Slieve Mish a wszystko to, poprzeszywane kilkugodzinną jazdą samochodem. Mieliśmy prawo czuć się zmęczeni. Ja przynajmniej byłem.
Z pod Caherconree udaliśmy się na powrót do Camp. Z maleńkiego Camp skierowaliśmy się szosą R560 w stronę Castlegregory. Nieśpiesznie jechaliśmy przed siebie i zastanawialiśmy się gdzie by tu wybrać najlepsze miejsce na nocleg. Miało być ustronnie, tak żeby nie zwracać na siebie zbytnio uwagi, tak aby podczas tych paru nocnych godzin, jak najbardziej jest to możliwe, stać się niewidocznym. Po części nam się to udało. Na drodze pojawiła się nagle tabliczka informująca, że po 1 mili można dojechać do plaży. Postanowiliśmy zobaczyć to miejsce, zresztą czasu było już i tak co raz mniej, ciemności przyszłyby lada chwila, a zależało nam aby rozbijać się w momencie, gdy będzie jeszcze w miarę jasno. Skręciliśmy, podjechaliśmy kawałek i rzeczywiście plaża była, ocean szumiał ale było też coś jeszcze, coś co delikatnie zmąciło mój spokój… Kilkanaście metrów od plaży wznosiło się osiedle domków campingowych. Było ich pełno, przy niektórych stały zaparkowane auta, były przymocowane anteny satelitarne a nad dachami, gdzieniegdzie unosił się dym. Dowodziło to, że ów domki zamieszkane są nie tylko w sezonie letnim. Skojarzyło mi się to troszkę z osiedlem trawelsów, choć nigdy wcześniej z takowym większej styczności nie miałem. Zatrzymaliśmy się na samym końcu ziemno-żwirowej drogi i poszliśmy na rozeznanie.
Plaża była dość duża, aby dojść do wody trzeba było pokonać niewielki, kamienny mostek. Nie był to typowy mostek, zrobiony został, że tak powiem ,,byle jak”: kładkę stanowiły kamienne płyty, postawione na betonowych podporach. Nie było żadnych poręczy, zabezpieczeń a informacja z przed plaży mówiła o zachowaniu bezpieczeństwa. A skąd w ogóle wziął się w takim miejscu most? Sytuacja doprawdy dziwna i niespotykana. Nie często bowiem zdarza się aby przez plażę i to równolegle do oceanu (!), płynęła sobie rzeczka. Rzeczka, której przyjrzeliśmy się dokładniej następnego dnia.
Wróciliśmy do auta z decyzją o pozostaniu tam na nockę. Pozbieraliśmy cały nasz ekwipunek z namiotem na czele i pomaszerowaliśmy na wydmy. Tam bowiem była najlepsza miejscówka na rozstawienie się. Wydmy jak to wydmy, dużo piasku, trochę pagórkowate ale najważniejsze, że trawiaste. Trawa była na tyle wysoka, że świetnie kamuflowała nasz zielony namiocik. Znaleźliśmy w miarę równe podłoże, mniej więcej w połowie wysokości wydmy i zaczęliśmy rozbijanie. Poszło nad wyraz łatwo. Co prawda teren był aż nazbyt miękki i powbijane do ziemio-piasku śledziki przy mocniejszych podmuchach wiatru luzowały się, ale na pomoc przyszły okoliczne kamienie, które podobnie jak to miało miejsce na Wyspach Aran, choć w znacznie mniejszym stopniu, pomogły w przytrzymaniu i odpowiednim naprężeniu namiotowych sznurków. Ściemniło się już prawie zupełnie, w oddali migotało światło latarni morskiej, w paru miejscach mieniły się światełka domowych ognisk a przede wszystkim słyszalny był bezustanny głos oceanu… Schowaliśmy się w namiotowym M-1, zjedliśmy małą kolację, powspominaliśmy intensywny dzień i poszliśmy spać. Atrakcje skończyły się dla nas w okolicach godziny 22. W nocy, jak to bywa nad tak ogromną wodą, troszeczkę wiało. Los chciał, że wiatr skupił się na jednej z bocznych ścian namiotu, było troszeczkę zimnawo ale nie narzekaliśmy. Zresztą po tym co nas spotkało na Inishmore nie mieliśmy prawa narzekać. Sen przyszedł nagle. Zanim to jednak nastąpiło, przez moją głowę przewinęło się mnóstwo scen tego co już było ale też zastanawiałem się i próbowałem wyobrazić, co nas może jeszcze spotkać, jakie niespodzianki i rewelacje szykował nam Półwysep Dingle.



Nie wiem, chyba pierwszy odruch jaki kieruje człowiekiem po obudzeniu się w namiocie, to zerknięcie na zegarek. Było wcześnie, jak na mnie nawet bardzo wcześnie, niemal środek nocy rzekłbym, na osi czasu wybiła 6:20. Niebo spowite było chmurami ale deszcz nam raczej nie groził. Słońce, od wschodniej strony leniwie budziło się do życia, Zatoka Tralee się uspokoiła, szykował się kolejny piękny dzionek. Wybrałem się na małe przewietrzenie, porobiłem parę fotek i wróciłem do naszego składanego pokoiku. Spodobały mi się takie namiotowe powitania dnia. Rozsunąć zamek, wychylić głowę i zasmakować tego rześkiego, oceanicznego powietrza, poczuć ten delikatny wietrzyk, posłuchać szelestu traw, bezcenne… Zupełne zaprzeczenie codzienności. Wydaje mi się, że co jakiś czas człowiekowi dobrze robią takie wypady w plener, bliższe spotkania z naturą. Tak aby nabrać sił (pomimo jednak paradoksalnie troszkę towarzyszącemu wysiłkowi), aby odmienić monotonne, szeregowe dni, które często są identyczne, tak samo nudne i przewidywalne, aby w jakiś sposób się sprawdzić, aby się wyciszyć, pomyśleć o przeszłości, zaplanować przyszłość…

Wieczorno-nocny wiatr pomimo, że delikatnie nas przewiał, miał również i plusy: zaopiekował się naszymi ubraniami, troszeczkę je osuszył i odświeżył. Wyszliśmy na zewnątrz o około 9:30, zrobiliśmy co trzeba jeśli idzie o sprawy natury fizjologicznej, przekąsiliśmy lekkie śniadanko a gdy byliśmy już wolni, poszliśmy na przechadzkę po plaży. Jak wspomniałem wcześniej była ona dość pokaźnych rozmiarów ale na szczęście nikogo nie spotkaliśmy.
Rzeka płynąca tuż pod nami wydawała się zmniejszyć swoje rozmiary, chociaż wejście do niej równoznaczne byłoby z zanurzeniem się co najmniej do pasa. Tuż przed ujściem do oceanu było najszerzej i najbardziej niespokojnie. Fajny efekt można było zaobserwować gdy fale próbowały wedrzeć się w głąb rzeczki, raz po raz z zatoki szła fala wsteczna, próbująca stawić czoło nurtowi. Z wysokości wydmy widać góry Slieve Mish, z drugiej strony, w oddali spoglądaliśmy na Beenoskee – 827 metrowy szczyt, z kolei patrząc w stronę oceanu można było dostrzec skrawki lądu, tworzące niewielkie półwyspy. Na koniec wpadliśmy na pewien pomysł. Głównym bohaterem był Daniel, który postanowił godnie pożegnać Tralee Bay. Ja się nie odważyłem, w tych sprawach jestem niesamowicie wybredny. Krótka kąpiel w lodowatej wodzie mojego współtowarzysza podróży była odważnym wyczynem i ciekawym pożegnaniem tego miejsca. W tym samym czasie na plażę wchodziło kilkoro spacerowiczów. My kierowaliśmy się w przeciwnym kierunku, do wyjścia, do samochodu i dalej przed siebie, w głąb Dingle Peninsula…






Widoki jak zwykle niesamowite. Jak widze stales sie zaprawionym uzytkownikiem namiotu, i bardzo dobrze bo ta forma daje najwieksza niezaleznosc i mozliwosc “poczucia” na wlasnej skorze tego co w Irlandii bywa bardzo, bardzo ciekawe… Sorry za brak ogonkow ale jestem akurat w bibliotece.
Zaprawionym użytkownikiem namiotu? 🙂 Powiem bez bicia, że przed naszymi pierwszymi namiotowymi wizytami w Achill i Aran, wcześniej u mnie była z namiotem wielka dziura, nie spałem w nim, nie używałem. Jestem jak gdyby debiutantem. Ale rzeczywiście jest niezależność, śpi się praktycznie tam gdzie się chce, nie rzadko w miejscach na prawdę bardzo ciekawych. Jeśli będzie tylko taka możliwość, to zamierzam namiotowe nocki kontynuować.
A co tam u Ciebie, jakieś wyjazdowe plany na najbliższe tygodnie? Myślę, że pogodowo będzie już tylko lepiej.
pozdrawiam!
No wiesz, po tych przygodach nie waham się tak Cię nazwać 🙂 A mam nadzieję, że jeszcze jakieś wspomnienia zostały do opisania z ostatnich wypraw. Ja jeżdżę ciągle ale głównie w te same miejsca, marzy mi się samotna kilkudniowa wyprawa jak kiedyś…
Mówisz o moich wspomnieniach? A tak, jest tego trochę ale czasami ciężko zasiąść i to odpowiednio opisać. Zostało z Dingle, sporo z Kerry a i w poczekalni jest jeszcze Ulster… Nie wiem jak to ogarnę skoro nowy sezon podróżniczy już się praktycznie zaczął :-)Jak dotychczas, jeśli jeździłem sam lub rodzinnie to starałem się nie dublować miejsc, mam nadzieję to kontynuować bo nie ukrywam, że chciałbym zobaczyć jak najwięcej i aby to było dla mnie nowe. Zobaczymy jak się to potoczy.
Powodzenia więc w nowym sezonie! Do wspomnień fajnie jest mieć zdjęcia, niestety większość swoich fotek z dwóch lat straciłem bezpowrotnie bo nie zabezpieczyłem ich należycie… Trudno się mówi i się jedzie jeszcze raz 😉
Czyżbyś trzymał te wszystkie fotki na kompie, wkradł się wirus i trzeba było formatować? Ja staram się trzymać w różnych miejscach, chociaż ostatnio przeżyłem delikatną trwogę gdyż ogromną kolekcję mam na przenośnym dysku, w którym zepsuł się guzik włączający urządzenie. Jeszcze tego nie ogarnąłem i te wszystkie foty mam uziemione troszeczkę, mam nadzieje, że wszystko się zakończy pomyślnie.
pozdrawiam!
A ja ciągle czekam na obiecany post 🙂
Witaj Taito!
Pocę się, wytężam moje mózgowe zwoje i staram się jak najszybciej wydobyć wszystkie moje wspomnienia a następnie sprawnie przerzucić je do komputerka 🙂
Nie zapomniałem, post z całą pewnością się pojawi.
pozdrówka!