WROBELS

Ogromny krok Realu do awansu!

Takiego triumfu oczekiwało Santiago Bernabeu. W Lidze Mistrzów Real Madryt nie rozpieszczał, zawodził, rok rocznie powtarzał ten sam koszmarny sen, który miał miejsce na tym samym etapie rozgrywek… Po 7 latach udało się to zmienić, 3 tygodnie temu z gry wypadł francuski Olympique Lyon, teraz wydaje się, że los mistrzów Francji podzieli Tottenham Hotspur. Rywal z Wysp został stłamszony praktycznie od początku, został zmiażdżony i pozbawiony wszelakich złudzeń. Stało się to na oczach dziesiątek tysięcy niezmiernie żywiołowo reagujących Madridistas, przeogromna cegiełka do awansu została dodana u siebie w domu, już w pierwszym spotkaniu.

Adebayor, jeden z bohaterów Bernabeu / fot. interia.pl

Królewscy w lidze hiszpańskiej bezskutecznie starają się dogonić Barcelonę, co prawda seryjnie gromadzą punkty, wygrywają praktycznie wszystkie spotkania ale niestety Katalończycy robią dokładnie to samo i przewaga zamiast topnieć jest identyczna a po ostatnim weekendzie nawet się zwiększyła (do 8 oczek po niespodziewanej wpadce Realu ze Sportingiem Gijon 0:1). W związku z tym całe siły zostaną przerzucone właśnie na Ligę Mistrzów a także na Puchar Hiszpanii. W pierwszym przypadku trzeba się trochę namęczyć. Aby wygrać 10 Puchar Mistrzów, Real musiałby uporać się z Tottenhamem, następnie wyeliminować Barcelonę lub Shakhtar Donieck i w finale na Wembley wykrzesać ostatnią dawkę mocy, energii oraz piłkarskiego kunsztu i odebrać okazałe trofeum. W drugim przypadku wydaje się być łatwiej, do upragnionej victorii  i długo (17 lat!) oczekiwanego Copa del Rey wystarczy pokonać … Barcelonę (finał 20 kwietnia w Walencji). W między czasie, jakby emocjonujących spotkań było mało, 16 kwietnia będziemy się emocjonować kolejnymi Gran Derby w Madrycie :-). Wracając do wczorajszego wieczoru spodziewałem się wygranej. Wierzyłem w okazały sukces, tak aby w rewanżowej potyczce na White Hart Line wszystko było jasne. Wspomniane wyżej nieoczekiwane potknięcie w lidze nie zmieniało nic w moich oczekiwaniach. W obozie rywala zapewne w tym właśnie upatrywano swoje szanse. Między innymi w tym, bo Tottenham zdołał już udowodnić i pokazać wszystkim, że chłopcami do bicia nie jest. Przekonały się o tym zwłaszcza dwa teamy Mediolańskie, które w 4 starciach zdołały wygrać tylko raz (Inter4:3 na San Siro). Być może Harry Redknap liczył, że Marcelo, Cristiano Ronaldo, Pepe, Higuain czy Kaka  będą nie w pełni sił (wszyscy ominęli z powodu mniejszych lub większych urazów ostatni mecz ligowy)? Nie wiem z jaką taktyką goście przyjechali do Madrytu ale jeśli nawet jakaś była to wszystko się posypało już w pierwszym kwadransie: najpierw skuteczna główka Adebayora a potem bezmyślne osłabienie drużyny przez Croucha (czerwona kartka po dwóch żółtych) napisały scenariusz łatwy do przewidzenia w dalszej części meczu. W moim odczuciu nawet po 11, Koguty nie miały by nic do gadania i zwycięstwo pozostałoby na Santiago Bernabeu.

W drugiej odsłonie stało się to co stać się musiało. Bezradny i kiepsko broniący się Tottenham został skarcony jeszcze 3 razy (Adebayor, Di Maria i Cristiano). To co mnie ucieszyło oglądając ten mecz to bez wątpienia bezustanne parcie do przodu, praktycznie już od linii obrony, która była ustawiona na połowie przeciwnika zaczynały się akcje ofensywne. Chłopcy byli niezwykle zmotywowani i zdeterminowani. Ciągły napór udało się zamienić na 3, bardzo efektowne gole, które powinny rozstrzygnąć sprawę przed rewanżową grą w Londynie. Jestem o tym święcie przekonany.

72 gol Raula w Lidze Mistrzów / fot. interia.pl

Nie sposób nie skomentować drugiego, tego wieczoru spotkania. Na papierze sprawa wydawała się prosta, wielki Inter, bogacz z Serie A, obrońca Pucharu Mistrzów z ubiegłego sezonu mierzył się z o wiele słabszym, biedniejszym i mniej utytułowanym przeciwnikiem. Tyle, że to co w teorii nie zawsze sprawdza się w praktyce… Niebiesko-Czarni z Mediolanu dobitnie się o tym przekonali. Schalke zagrało tak jak wcześniej w meczach grupowych (4 zwycięstwa i pierwsze miejsce w grupie) czy w 1/8 pokonując w dwumeczu Valencię 4:2. Niemcy dotychczas grali efektownie, strzelając sporo goli i preferując futbol ,,na tak”. W Bundeslidze idzie im w tym sezonie jak po grudzie, jednak w Lidze Mistrzów to jakby całkiem inna drużyna. Zwycięstwo 5:2 z Interem i to w dodatku w jaskini lwa chyba już przesądza sprawę. Podopieczni Ralfa Rangnicka (zastąpił Felixa Magatha w trakcie sezonu) potrafili dwukrotnie podnieść się z kolan i w końcowym rozrachunku niesamowicie efektownie rozstrzygnąć spotkanie na swoją korzyść. W 27 sekundzie przecierałem oczy ze zdziwienia, kiedy Dejan Stanković fantastycznym strzałem niemal z połowy boiska pokonał Manuela Neuera. W momencie gdy Gabriel Milito zdobywał bramkę na 2:1 nie przypuszczałem, że będzie to ostatni gol dla Interu tego wieczora. W drugiej połowie Schalke wypunktowało Włochów i zrobiło ogromny krok w kierunku półfinału. Jedną nogą już tam stoi, nie wierzę, że za 2 tygodnie mogą pokpić sprawę i wypuścić z rąk tak niesamowitą szansę, która się przed nimi otworzyła. Dodatkową radością dla mnie był 72 gol Raula. Udowadnia on, ze napastnikiem jest w dalszym ciągu Wielkim!

A jutro kolejna dawka emocji: Bitwa o Anglię, czyli Chelsea Londyn kontra Manchester United. I w drugiej konfrontacji nowobogaccy z Doniecka jadą na Camp Nou. Doprawdy ciężko mi wskazać zwycięzców, w starciu Angielskim zdarzyć się może wszystko, kości powinny trzeszczeć a pot lać się hektolitrami, z kolei w ciepłym, katalońskim klimacie Barca będzie zdecydowanym faworytem, niemniej jednak liczę na małą niespodziankę. Shakhtara na nią stać i na pewno nie jest na straconej pozycji.

Powiązane artykuły

O Autorze Zobacz wszystkie posty Autor bloga

admin

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany. Pola wymagane są oznaczone *