Koszmar trwa w najlepsze. Biała część Madrytu płacze i denerwuje się jednocześnie, nie dowierza i nie potrafi zrozumieć. Ja również nie potrafię. W tym sezonie, klątwa 1/8 finału Ligi Mistrzów miała zostać zdjęta.
W 5 ostatnich sezonach ta runda okazywała się ostateczną, niczym ściana, której nie da się sforsować. W obecnym, niestety było podobnie… Kolejno: Juventus (2004/2005), Arsenal (2005/2006), Bayern (2006/2007), Roma (2007/2008), Liverpool (2008/2009) i Lyon (2009/2010) eliminowały Real Madryt rujnując przy tym ich marzenia o zdobyciu dziesiątego, jubileuszowego Pucharu Mistrzów. Kolejne porażki powinny budzić wielkie sensacje i tak też jest chociaż z drugiej strony, czy aby Real nie stał się po prostu europejskim średniakiem? Jeśli spojrzeć tylko i wyłącznie na ich ostatnie zmagania, szczególnie właśnie w fazach pucharowych, na europejskim gruncie, można by odnieść właśnie takie wrażenie. Ta ostatnia wpadka boli jeszcze bardziej… Po pierwsze wpompowane grube miliony, które miały uczynić Real jeszcze bardziej Galaktyczny, jeszcze mocniej świecący niż pierwszy projekt Pereza z Zidanem, Figo czy Beckhamem. Po drugie rozgrywka finałowa, która odbędzie się na Santiago Bernabeu… I skoro najważniejszy mecz w domu, to tym bardziej Real Madryt musiał się tam znaleźć. Chciano zbyt mocno, wszyscy dookoła pompowali balon: media, fani, ludzie w klubie, każdy widział Królewskich w tymże finale a przynajmniej w kolejnej rundzie rozgrywek. W tle miano na uwadze te feralne ostatnie lata ale właśnie budowany wielki zespół z całym szeregiem sprowadzonych gwiazd przesłaniał te dotychczasowe niepowodzenia i miał zagwarantować łatwą i bezdyskusyjna przeprawę. Rywal też nie był z najwyższej europejskiej półki, w dodatku obecnie chyba w delikatnym kryzysie. Jednakże jest jeden mały szkopuł… Tym przeciwnikiem był Lyon, czyli prawdziwa zmora Królewskich. Niepozorni, z roku na rok osłabiani, poskromieni we Francji a jednak w dalszym ciągu dla Realu szalenie niewygodni. Dość zauważyć, że we wszystkich dotychczasowych potyczek pomiędzy tymi drużynami Hiszpanie jeszcze nigdy nie odnieśli zwycięstwa!
Sytuacja wydaje się o tyle dziwna, że przecież w La Liga Real idzie jak taran, zmiatając wszystkich ze swojej drogi, praktycznie nie mając sobie równych a jedyne ważne dla nich mecze to te przeciw Barcelonie. Mówi się, że nie ma drużyny, że jest zbyt dużo indywidualności, że trener nie ma odpowiedniej charyzmy. Nie wiem, być może w każdym z tych stwierdzeń jest ziarnko prawdy, może jeszcze za wcześnie na odnoszenie spektakularnych sukcesów, może jeszcze potrzeba czasu? Tyle tylko, że publika w Madrycie jest szalenie niecierpliwa, wynik ma być już, podany na tacy a przy tym okraszony futbolową poezją. Niestety nie ma zarówno poezji jak i spodziewanych rezultatów. Ta drużyna ma potencjał, tutaj chyba nie ma co nad tym faktem polemizować ale jest on jeszcze gdzieś schowany, nie wydobyty. Oby chilijski trener zdołał tego dokonać bo szkoda by było zmarnować szansę na zbudowanie na prawdę wielkiej ekipy. Najłatwiej pewnie by było zwalić winę na Pellegriniego i go wymienić, tylko czy aby jest to najwłaściwszy sposób? Od momentu odejścia Vicente Del Bosque zbyt wielu było sterników (8) i praktycznie każda kolejna zmiana nie wnosiła niczego lepszego. Real zatracił gdzieś swój niepowtarzalny styl, ulotnił się polot i piękne akcje. Oczywiście dalej zwyciężano, udało się nawet wywalczyć 2 mistrzostwa i 1 superpuchar kraju aczkolwiek cały czas czegoś w tej grze brakowało.
Dzisiaj po odpadnięciu z Ligi Mistrzów, po wcześniejszej kompromitującej porażce w Copa del Rey, została już tylko liga. Zawodnicy zapowiadają, że będą walczyć z całych sił aby odebrać Barcelonie tytuł mistrzowski. Nie mają wyjścia, nic innego im nie pozostało, jest to ich jedyna szansa na zmazanie plamy na honorze. Czy tak się stanie? Zobaczymy, dużo może się wyjaśnić podczas kwietniowego Gran Derby Europa, o ile oczywiście dwaj wielcy nie pogubią po drodze punktów. Jednak biorąc pod uwagę, że obaj idą łeb w łeb i seryjnie wygrywają ze wszystkimi, nie należy się spodziewać cudów i tym bardziej warto poczekać na wspólne starcie. Nie ma co się już nad Ligą Mistrzów rozwodzić, trzeba przyjąć tę porażkę z Lyonem na klatę, pogratulować rywalowi awansu i patrzeć dalej w przyszłość. Sporo jest jeszcze do zrobienia i równie dużo do udowodnienia.

