Niebo nad Zieloną Wyspą w ostatnią sobotę było nad wyraz niebieskie i pogoda wabiła aby gdzieś się udać, coś zobaczyć, troszeczkę odpocząć… Rano, jak to bywa u nas w zwyczaju, ja przy łykach kawy (tym razem rozpuszczalnej Nescafe Gold), a moje kobietki przy herbatkach, doszliśmy do wniosku, że wyruszamy poza Longford. Tak rodzinnie, nieśpiesznie, spacerowo.
Zdecydowaliśmy się na Ocean i najbliższe ku temu miejsce – Sligo. Plan co prawda – nie tak do końca sprecyzowany i w stu procentach zaklepany – był inny, bo chcieliśmy jechać bliżej, za Mullingar w pewne ciekawe miejsce ale jak to czasami się zdarza pojawił się tak zwany ,,spontan”. Nagła zmiana, szybka decyzja i gotowe. Podjechałem do sklepów, kupiłem co najpotrzebniejsze do tego typu przejażdżek, następnie zdzwoniliśmy się ze szwagrem i szwagierką i już siedzieliśmy w samochodach jadąc na północ drogą N4. 97 kilometrów pokonaliśmy w około godzinę i 25 minut. Przejeżdżałem już tą trasą wielokrotnie, chyba najczęściej z wszystkich poza Longford, jedzie się bardzo spokojnie, bez szaleństw. Momentami jest ona wąska ale generalnie sprzyja. Mijaliśmy mniejsze i większych miasteczka, jeziora – widoczne bardzo dobrze z okien samochodu oraz te ukryte gdzieś w oddali czy rozsiane wzdłuż trasy domostwa aż w końcu pojawiło się Sligo. Miasto dobrze nam znane, które wizytowaliśmy często, czasami turystycznie, innym razem w celach urzędowych albo towarzyskich, a jeszcze indziej tylko przejazdem.
Tym razem również przejechaliśmy nieśpiesznie, minęliśmy światła drogowe i skierowaliśmy się na jedną z dwóch plaż – Rosses Point. Plaża ta w okresie letnim (o ile można tak w ogóle napisać) jest mocno oblegana. W okolicy jest spore pole biwakowe, jest klub golfowy, generalnie jest to taki mini kurorcik. Gdy jest ciepło wszyscy tam się zjeżdżają, sami byliśmy w Rosses Point na opalaniu w maju bądź czerwcu 2009 roku, tym razem ciepło jeszcze niestety nie było, więc musieliśmy się zadowolić spacerkiem plażą. Jak wyżej wspomniałem, w tę sobotę pogoda raczej sprzyjała. Jednak na miejscu pojawił się minimalny problem… Mianowicie wiatr, prosto z nad Oceanu, momentami intensywny i zimnawy. To nas troszeczkę wyhamowało i nie pozwoliło na beztroski spacer. Ciekawe, że woda tuż przy brzegu była ciepła, bez problemu można było wchodzić na boso. I piasek, biały, typowy dla takich miejsc, również ciepły, ładnie nagrzany. Posiedzieliśmy tam z ponad godzinkę, dziewczynki popluskały się w wodzie, nazbierały muszelek, pobawiły w piasku i postanowiliśmy wracać. Zanim skierowaliśmy się w drogę do Longford, wymyśliliśmy sobie jeszcze jedno miejsce, które nieopodal Sligo się znajduje.
Znałem je, czytałem o nim, swoje relacje zdawali mi znajomi. Warto tutaj myślę wejść troszeczkę w historię, bo jest ona ciekawa i obfita. Historię dwóch braci, bardzo słynnych braci, którzy praktycznie całe swoje dzieciństwo poświęcili Sligo, poświęcili zjawiskowej Ben Bulben, napawali się otaczającymi miasto krainami, przepięknie położonymi jeziorami i bezkresnym Oceanem. Bracia Yeats, bo ich mam na myśli od dzieciństwa byli zauroczeni krajobrazami Sligo. William i Jack bardzo często bywali u dziadków, mieszkali u nich całymi tygodniami a nawet miesiącami. Takie wyjazdy związane były z trudną sytuacją finansową w ich rodzinnym domu – matka Susan Pollexfen pochodziła ze Sligo i to ona zabierała dzieci do swoim rodziców. Chłopcy właśnie tam po raz pierwszy usłyszeli o starych baśniach, legendach i podaniach. To one poruszyły ich uzdolnione dusze i ukształtowały w przyszłości zarówno poetycko (William) jak i malarsko (Jack).
William Butler Yeats jest laureatem literackiej Nagrody Nobla, którą otrzymał w 1923 roku. Jego literatura nasiąknięta została charakterystycznymi pejzażami i kulturą Sligo. Wzbogacona o tradycje celtyckie stała się bardzo wyrazista, taka czysto irlandzka. Na początku 20 wieku, w okresie poprzedzającym powstanie wielkanocne i wojnę o niepodległość, poeta w swojej twórczości poszedł bardziej właśnie w stronę niepodległościową. Nie zmienia to jednak faktu, że literatura Williama była nasączona liryzmem, czarem i specyficznym nastrojem. Była wyważona i rytmiczna. Jack Butler Yeats być może nie jest aż tak bardzo popularny jak jego starszy brat jednak zapisał się on równie mocno w kulturze irlandzkiej. Jako znany malarz impresjonista stworzył wiele niezapomnianych dzieł, podobnie jak brat inspirował się Sligo, bardzo często uwieczniając na swoich obrazach to miasto, te okoliczne krainy, ocean. Od 1910 roku Jack tworzył obrazy olejne, malował bardziej mgliście, mistycznie. Jak sam kiedyś napisał: ,,Od początku mojego malarskiego życia na każdym z obrazów umieszczałem odrobinę Sligo…”

Wracając do teraźniejszości uszczknęliśmy kawałek z tej Krainy Yetsów. Po Rosses Point pojechaliśmy prosto nad Jezioro Glencar gdzie znajduje się uroczy wodospad. Jechaliśmy u podnóża Ben Bulbena, drogami wąskimi, wiejskimi – krajobrazy otaczały nas bardzo malownicze, spoglądaliśmy raz za razem za okna naszego samochodu, podziwiając to co zdołaliśmy zobaczyć. Glencar Lough urzekło nas w pewien sposób , nie jest to wielkie jezioro, bije z niego specyficzny spokój i przede wszystkim ma ono piękną linię brzegową. Z jednej strony jest droga ale po drugiej stronie tuż nad brzegiem widnieje bujny las, praktycznie na całej długości, kłęby zbitych drzew prezentują się niezwykle okazale. Sam wodospad nie jest jakiś monstrualnych rozmiarów ale może się podobać. Zresztą nie mam prawa mówić inaczej skoro był to mój pierwszy wodospad widziany z bliska. Spędziliśmy tam momencik, cyknęliśmy troszkę pamiątkowych zdjątek i wróciliśmy do samochodów. Czas wracać. Szybko znaleźliśmy się w Sligo a potem jeszcze około 1,5 godziny i byliśmy w domu. Nasza pierwsza wizyta w tym roku nad Oceanem udana, było troszeczkę wiaterku ale nie można być tym zaskoczonym. Nad oceanem byliśmy już parokrotnie wcześniej więc chyba bardziej zadowolony jestem z wizyty nad Lough Glencar. Kto wie może w przyszłości uda mi się dłużej zagościć w Krainie Yetsów? Oby bo jest to miejsce, które trzeba odwiedzić i poznać głębiej.



