Nie tylko niebo w Irlandii wczorajszej nocy było rozpłakane. W dalekim Santa Fe łzy zalały stadion, nie dowierzało 370 tysięczne miasto, w szoku była cała Argentyna. Dumni Argentyńczycy, w futbolu rozkochani ze wszech miar, musieli przełknąć gorzki, do granic możliwości gorzki, pomieszany w dodatku z kwasotą, smak porażki. Sytuacja nie do pomyślenia aczkolwiek od kilku godzin jak najbardziej prawdziwa.
Byłem tego świadkiem, oglądałem ten porywający ćwierćfinał i również przecierałem oczy ze zdziwienia. Ale z drugiej strony dziwić tak do końca się nie mogłem, gdyż obie drużyny potwierdziły tylko swoją formę i dyspozycję, którą zdążyły pokazać w tegorocznym Copa America. Dla Argentyny niestety raz kolejny, przyjemna ona nie była. Dla Urugwaju, wręcz przeciwnie.
Sergio Batista znów nie potrafił w odpowiedni sposób poukładać swoich podwładnych, nie potrafił im wpoić ducha walki i wiary w zwycięstwo. A może to gracze są sami sobie winni? Zmęczeni długim sezonem (Messi rozegrał wczoraj 66 mecz!), wierzący zbyt mocno we własne umiejętności i myślący, że gospodarzom turnieju krzywda stać się nie może? Nie tym razem. Zawiodło wszystko po trochu, zawiódł w jakiś sposób trener, zawiodły gwiazdy z Leo Messim na czele, zabrakło szczęścia i wyrachowania. Co prawda Argentyna przez lwią część spotkania miała optyczną przewagę, operowała częściej piłką, oddała więcej groźnych strzałów. Jednak co z tego skoro przez godzinę nie potrafiła wykorzystać gry z przewagą jednego zawodnika? Skoro w tempie za bardzo jednostajnym, bez odpowiednich zrywów i pomysłowych akcji, próbowała dobrać się do skóry świetnie i szalenie skutecznie broniącym się Urugwajczykom? Czasami się to udało ale wtedy albo piłka trafiała w słupek albo na drodze stawał fenomenalny Muslera. 25 letni bramkarz Galatasaray przechodził samego siebie i udowodnił, że należy bezsprzecznie do najlepszych golkiperów tego turnieju. Gdy jakimś cudem żelazna obrona z Diego Lugano za jej sterami, dała się Argentyńczykom wymanewrować to z pomocą przychodził właśnie bramkarz Urugwaju. To on, w głównej mierze spowodował, że piłkarski świat zawalił się Argentynie w momencie najmniej dla jej samej spodziewanym. Popisywał się refleksem, robinsonadami, pewnością siebie i odwagą. W najważniejszym momencie wprawił w osłupienie całe Santa Fe, cały Argentyński naród, łapiąc w konkursie jedenastek rzut karny, fatalnie wykonywany przez Teveza… Rzecz jasna nie tylko Muslera był ojcem sukcesu. Solidnie na ten triumf zapracowali wszyscy Urugwajczycy, zarówno jako całość jak i każdy z osobna. Każdy jak należy zrobił swoją robotę, zaczynając od Oscara ”El Maestro” Tabáreza – trenera doświadczonego, z wyczuciem dokonującego zmiany, prawdziwego przywódcy, poprzez skutecznie i twardo grającej defensywy aż po niezwykle pożyteczny i chwilami bardzo groźny atak, w którym pierwsze skrzypce grali Diego Forlán i Luis Suárez – dla mnie obok wspomnianego Fernando Muslery, Diego Lugano i jeszcze Álvaro Pereiry a także Arévalo Ríosa najlepsi zawodnicy tego meczu.
Urugwaj w meczach grupowych być może wszystkich nie porwał ale w tym, jak na razie najważniejszym, z rywalem silnym i wymagającym, potrafił wspiąć się na wyżyny i dokonać rzeczy wielkiej. Tym spotkaniem przypomnieli wspaniałe czasy z ubiegłorocznego Mundialu, w którym zaprezentowali się fenomenalnie, dochodząc aż do fazy pucharowej. Celestes zagrali można powiedzieć swoje, z kolei Albicelestes dokonali rzeczy, którą upodobali sobie od 20 lat, czyli zawalili kolejny wielki turniej. Fatum trwa dalej i nawet tak niesamowicie utalentowana generacja graczy ofensywnych, nie była w stanie tego zmienić.

