Chyba każdy się ze mną zgodzi, ze najpiękniejsze zachody słońca można zobaczyć nad morzem. Mają w sobie najwięcej klimatu. Gdy dodać do tego wyspiarską scenerię, malownicze zatoczki i góry to wychodzi nam pejzaż nieomal mityczny. A już na pewno nie do wymazania z pamięci. Uświadczyliśmy tego na Półwyspie Dingle, a konkretniej na zachodnim krańcu tegoż półwyspu…
Generalnie, jeśli o zachody słońca idzie, to podczas naszych irlandzkich przejażdżek, udało nam się przy paru uczestniczyć. No, może parę to za dużo powiedziane ale jeden utkwił nam w pamięci. Wyspa Achill sama w sobie, nawet bez zachodów słońca, jest piękna i jedyna w swoim rodzaju. Lecz gdy stoi się na szczycie, tam gdzie Atlantic Drive zakręca i ciągnie się dalej w kierunku południowo-zachodnim wyspy, gdy spogląda się het aż na Achill Head bądź bliżej na Ashleam Bay i gdy towarzyszy temu wspaniały zachód słońca to wtedy wszystko nabiera lepszych barw, jest bardziej pozytywne. I teraz mieliśmy okazję spoglądać na coś równie spektakularnego. Słońce dopiero szykowało się do snu ale i tak promienie słoneczne zdążyły zafundować nam to:


Slea Head
W miarę zbliżania się do Slea Head, czyli najdalej (?) wysuniętego na zachód skrawka ziemi w Irlandii, naszym oczom wyłoniły się Wyspy Blasket. Blasket Islands to Inisvickillaun, Inisnabro, Inistooskert i przede wszystkim, największa z nich, Great Blasket. Cudownie oświetlone przez chowające się powoli za horyzont słońce, odludne wysepki sprawiły, że poświęciliśmy im momencik, zatrzymując się na przylądku Slea. Ocean w tym akurat miejscu był nad wyraz spokojny, w oddali po tafli wody przesuwały się płaty światła, nad nami przefruwały ciekawskie i wiecznie głodne mewy. R599 w tej okolicy przyklejona jest do zbocza Mount Eagle, jedzie się po tej malowniczej drodze przyjemnie, choć miejscami jest dosyć wąsko. Dlatego też trzeba jechać powoli i trochę nakręcić się kierownicą. Z jednej strony skały, z drugiej mały murek, tuż za nim wody Zatoki Dingle i w koću wspomniany Slea Head. Oprócz pięknego widoku na wyspy Blasket jest tam jeszcze jedna charakterystyczna rzecz. Bardzo często eksponowany na rozmaitych pocztówkach, co chwila łapany obiektywami, biały krzyż, który ładnie prezentuje się na tle ostrych, granitowych skał.



Dunmore Head
Nie dojechaliśmy za daleko po opuszczeniu Slea Head a znów należało się zatrzymać. Tym razem trafiliśmy na mały parking, z którego rozpościerał się widok na Dunmore Head. Swoją drogą to właśnie ta część (a nie Slea Head) Przylądka Dingle wydawała mi się (po sprawdzeniu na mapie) najbardziej wysunięta na zachód Irlandii, a co za tym idzie również najdalej wysunięta w Europie. Ciekawostką może być to, że właśnie w tych okolicach w 1970 roku został nakręcony znany film Davida Lyana – Córka Ryana (Ryan’s Daughter). Z tego też powodu, na parkingu, przy którym zrobiliśmy sobie krótki postój, stworzono tablicę upamiętniającą to wydarzenie. Jeśli okolica jest piękna, jeśli jest ocean, skały i wyspy to nie może zabraknąć piaszczystych plaż. Tutaj również nie brakuje.

Coumeenole Beach jest podzielona jak gdyby na trzy mniejsze, generalnie jest to sporych rozmiarów plaża, bardzo malowniczo położona i w ciepły, słoneczny dzień z całą pewnością jest chętnie oblegana. Gdy my na nią zerkaliśmy, to również nie była pusta. Fale, które sunęły w stronę brzegu próbowali okiełznać surferzy. Plaża zlokalizowana jest w dole, aby się do niej dostać, trzeba zjechać w dół, coś na kształt tego (w wersji mini), co jest na Wyspie Achill i jej niepowtarzalnej Keem Bay. Patrzyliśmy a to na Wyspy Blasket, a to na plażę i fale do niej dobijające, a to na przylądek Dunmore – w miejsca które przykuwały największą uwagę. Ale visavis Oceanu są również wzgórza, na nich rozsypane domki, tuż obok wszędobylskie, kamienne murki, które oddzielają większe lub mniejsze poletka. Niektóre domostwa i gospodarstwa nie przetrwały próby czasu i dziś hula po nich wiatr. Są w rozsypce i świadczą tylko o tym, jak ciężkie życie wiedli (i wiodą zapewne dalej) mieszkańcy tych rejonów.
Podczas podróży kilkudniowej, a na takiej się znaleźliśmy, należało organizować sobie noclegi. Opcji mieliśmy za każdym razem 3: albo w sposób najbardziej cywilizowany, czyli B&B; albo w samochodzie, co wiązało się z nie najlepszym komfortem, choć raz było przez nas praktykowane albo też pod namiotem. Zdecydowanie najmocniej obstawialiśmy przy tym właśnie pomyśle. Za darmo, dość wygodnie, z reguły sucho i co najważniejsze – niezależnie. To a także swoboda wyboru sprawiły, że nasza kolejna noc, ze względu na niecodzienną lokalizację, długo będzie wspominana…

Clogher Bay
Kraina, w której udało nam się zameldować miała w sobie chyba wszystko, co w krajobrazie Zielonej Wyspy jest najbardziej charakterystyczne: wzburzone fale oceanu, uderzające z furią o postrzępione skały, widowiskową zatokę, w której usytuowana została równie atrakcyjna plaża, zielone pola trawy poprzecinane przez kamienne murki, owieczki pasące się na tych odżywczych pastwiskach, wysokie i strome urwiska. W oddali widać Sybil Head, tuż za nim The Three Sisters, czyli trzy bliźniacze wzgórza spoglądające w stronę oceanu, a najbliżej nas Clogher Bay ze wspomnianą plażą. Wysiedliśmy z auta tylko na moment, na zrobienie pamiątkowego zdjęcia, na króciutką przechadzkę po okolicy. Moment przerodził się w dłuższą chwilę aż w pewnym momencie zapadło postanowienie, że zostajemy i rozkładamy się z namiotem.




Chcieliśmy poczekać aż wszyscy turyści zatrzymujący się przy Clogher Bay odjadą, tak aby nikt się nie interesował, że ktoś będzie maszerował z plecakami po tych trudno dostępnych miejscach tuż przed nocą. W tym celu podjechaliśmy na okoliczną plażę, z której z kolei jak na dłoni widać było Clogher Head, okazały półwysep, który miał być naszym domem podczas zbliżających się ciemności. Jedna rzecz mnie zdziwiła i jednocześnie wprawiła w lekki podziw. Nigdy i nigdzie wcześniej nie widziałem tak dużych fal. Były ogromne, niczym morskie bałwany, sięgające kilku metrów, nie dawały w ogóle spokoju i bezustannie szturmowały brzeg. Najprawdopodobniej z tego też powodu, na plaży była informacja o zakazie kąpieli. My na zapoznanie się z dzikimi wodami Dingle nie mieliśmy już czasu, trzeba było się przygotować na nockę. Nie chcieliśmy zostawiać samochodu tuż przy drodze, w szczerym polu, toteż podjechaliśmy do okolicznych zabudowań i zaparkowaliśmy nieopodal szkoły. Pozabieraliśmy wszystko co było nam potrzebne i po kilkunastu minutach (było około 20:00) szukaliśmy najkorzystniejszego obszaru na namiot. Teren nie był idealnie równy aczkolwiek nachylenie podłoża nie sprawiało nie wiadomo jak wielkich problemów, spokojnie mogliśmy się poruszać, choć oczywiście należało zachować elementarną ostrożność. Szczególnie w momencie gdy przechodziliśmy obok wielkiego i głębokiego urwiska, które wżynało się w ląd i po zerknięciu w jego otchłań, mroziło krew w żyłach. Zostawiliśmy za sobą rzeczoną dziurę i po chwili wybraliśmy namiotową miejscówkę. Do wysokiego, urwistego brzegu było może z 10 metrów, trochę w bok i mieliśmy kolejną dużą i stromą wnękę. Wszędzie wyrastały skały a barwa trawy oscylowała wokół zieleni i jasnego brązu.




Rozstawiliśmy namiot bezboleśnie, choć wiatr, jak to bywa w takich miejscach, wiał dziarsko i próbował nam przeszkodzić. Ściemniło się już niemal zupełnie, ocean w dole jakby trochę się uspokoił. Wpakowaliśmy siebie wraz z całym ekwipunkiem do środka, zjedliśmy kolację i położyliśmy się spać. Tak jak to miało miejsce wcześniej, tak i teraz przez moja głowę przelatywały sceny z poprzedniego dnia. Przypominałem sobie miejsca, ludzi, sytuacje, na jakie udało nam się natrafić podczas naszej podróży. W końcu myślałem o zjawiskowej zatoce, o skałach i całej tej niespotykanej otoczce, w której się znaleźliśmy. Sen przyszedł szybko, nie niepokoił mnie wiatr, nie przeszkadzały fale i szumiący ocean, spało się bezstresowo. Musieliśmy nabrać sił i zgromadzić energię przed kolejnym dzionkiem. W planach było opuszczenie Półwyspu Dingle – teraz czekał już na nas inny, znacznie większy Półwysep Iveragh, znany bardziej jako Ring of Kerry…

Na koniec chciałbym pokazać jak Clogher Bay i okolice prezentują się na filmie. Zdjęcia zdjęciami, wiadomo na swój sposób efektowne i ukazujące to co widziało się na żywo ale filmy pozwalają przenieść się w dane miejsce i przedstawić wszystko w zupełnie innym świetle. A więc, zapraszam!
Dunmore Head i Coumeenole Beach okiem kamery:
No i zaleciał Wróbels w jedno z moich ulubionych miejsc… Czy mówi coś Ci nazwa krzywe_zwierciadło?
Po wyguglowaniu hasła krzywe_zwierciadło znalazłem się na stronie Fotoirlandii i tam rzeczywiście można znaleźć parę ujęć z krainy, w której się znalazłem 🙂 Ładnie pokazane. Ty miałeś okazję zjawić się na Slea Head, Dunmore Head i Clogher Bay?
Tak, byłem w tych fantastycznych miejscach. O zwierciadło zapytałem, bo Twój wpis i fotka z namiotem pojawiły się prawie w tym samym czasie co podobne ujęcie na FI. Myślałem, ze Spinnerd i krzywe_zwierciadło to ta sama osoba. Świetne zdjęcia Wam wychodzą!
Nie, Spinnerd nie ma tam konta ale myślę, że gdyby założył to mógłby wpuścić powiew świeżości na FI i jego pracę z pewnością by się podobały. Moje fotki to jednak nie to samo, lata praktyki, jeszcze muszę się sporo uczyć.
Witaj, Ćwirku 🙂 Widzę, że dzielnie nadrabiasz zaległości – chwali się 🙂 Chyba muszę wziąć z Ciebie przykład, bo jeśli się nie mylę, mam do opublikowania jeszcze trzy zaległe posty z hrabstwa Kerry. Wstyd.
Piękne miejsce na nocleg!
Hej Taito! 🙂 Prawda, staram się w miarę możliwości aktualizować wpisy bo jak już kiedyś wspomniałem, nazbierało się tego w poczekalni sporo. Muszę się wziąć i pisać. Tobie pozostały 3 teksty z Co. Kerry a mnie najprawdopodobniej przybędzie następna dawka bo na początku lipca planujemy w ramach mojego urlopu wyjechać do Dingle i Iveragh, tym razem rodzinnie, bardziej spacerowo.
pozdrawiam! 😉
Killorglin 🙂 Właśnie tutaj nocowaliśmy w czasie naszej wyprawy do Kerry. Miasteczko wydało mi się dość klimatyczne i z chęcią tam kiedyś powrócę. Zresztą całe hrabstwo jest godne uwagi, to nie podlega dyskusji.
A skoro mowa o Lughnasa, to jak będziesz miał okazję, obejrzyj sobie “Dancing at Lughnasa” z Meryl Streep. Co prawda nie jest to jakieś wybitne dzieło irlandzkiej kinematografii [widziałam lepsze], ale dla kogoś zainteresowanego tematyką tej wyspy, może okazać się ciekawą produkcją.
Pozdrawiam serdecznie 🙂
Nie mogłam opublikować tego komentarza pod postem na temat Killorglin [nieśmiertelne “wykryto duplikat”], ale udało mi się wkleić go tutaj. Przepraszam za zamieszanie.
Cześć Taito!
Niestety, tak jak Ty walczysz z dodawaniem komentarzy, tak jak załamuję w tej sprawie ręce, nie mając pojęcia dlaczego tak się dzieje? Na szczęście zawsze gdzieś ten komentarz udaje się upchnąć 🙂
Killorglin, rzeczywiście, ma swój klimat. Nie za duże, nie za małe i z przepływającą przez nie rzeką fajne. Dużo pozytywnego dodaje temu miastu Puck Festival, chociaż w nim nie uczestniczyłem ale z opisów i fotek dobra rzecz taka impreza.
O filmie z Meryl Streep nigdy nie słyszałem i biorąc pod uwagę mój zapał do oglądania filmów, może być z tym problem, z zobaczeniem ,,Dancing at Lughnasa”. Ale w pewnym momencie się przełamie i zobaczę wszystkie produkcje, które polecasz!
pozdrowionka!
…bardzo fajne zdjęcia. clogher bay miałam przyjemność uświadczyć na własne oczy kilka lat temu, tam jest pięknie. aż sie chciałoby wrócić…
Witaj!
Rzeczywiście chce się wracać w to miejsce, ja byłem niespełna rok temu ale również bardzo chętnie bym się tam znalazł już teraz. Widoczki super ale zapewniam Cię, że poranek, tuż po wyjściu z namiotu, w takiej otoczce i w tak spektakularnym miejscu jest nie do opisania. 😉
pozdrawiam!
Czesc,
Czy moge prosic webmastera o emil bo nie widze nigdzie kontaktu na stronce.
Pozdrawiam,
Agata
Witaj!
Nie ma problemu, daj mi jakieś Twoje namiary.
pozdrawiam!
Nie no zdjęcia sa powalające!!! W sumie w Irlandii jeszcze nie byłam, ale w Szkocji jest baaardzo podobnie i aż się rozmarzyłam w ten piątkowy poranek 🙂
Witaj Banana! (Bananie?) 🙂
Ja z kolei nigdy nie byłem w Szkocji ale planuję kiedyś ją odwiedzić. Co do Irlandii, to jest powalająca i każdemu będę ją przedstawiał w samych superlatywach. Oczywiście jeśli idzie o krajobrazy i klimat, bo w życiu codziennym bywa różnie 😉
pozdrawiam!