Byliśmy tam! W grudniu 2007 roku udało mi się spełnić jedno z moich największych marzeń : zobaczyłem na żywo z wysokości trybun Santiago Bernabeu spotkanie hiszpańskiej Primera Division pomiędzy Realem Madryt a Osasuną Pampeluna. Ale może po kolei.
Nieśmiałe plany pojawiły się w mojej głowie jakieś parę miesięcy wstecz, nie było to nic konkretnego, po prostu oswoiłem się z myślą, że wybierzemy się w końcu do Madrytu. Na początku był plan (jak się później okazało skutecznie wcielony w życie) aby spotkać się w stolicy Hiszpanii z moim kuzynem Dawidem. Ale jeśli to by się nie udało byliśmy zdecydowani wyruszyć tylko we dwoje. Dograliśmy samoloty, znaleźliśmy odpowiednie bilety na mecz, zabukowaliśmy hostel i wybraliśmy datę wyjazdu z Irlandii na 14 grudnia 2007 roku. Wyjechaliśmy w piątek, byliśmy w Madrycie do poniedziałku, tego samego dnia wyznaczyliśmy sobie powrót. Gdy wieczorem znaleźliśmy się na Aeropuerto de Madrid BARAJAS dopiero poczułem, że przygoda tak naprawdę się zaczęła… Znaleźliśmy się z Dawidem, po przejażdżce metrem dotarliśmy do naszego Hostelu (Hostel Numancia). Może wrócę jeszcze do spraw związanych z biletem na sam mecz.
Zamawialiśmy przez Internet, bilety można było zamawiać z dowolnego zakątka świata lecz odebrać je trzeba było parę dni przed meczem na terytorium Hiszpanii. Także sprawę biletów powierzyliśmy Dawidowi. Miały na nas czekać w naszym Hostelu, w piątek wieczorem…. Miały ale nie czekały…Troszeczkę zepsuło mi to nastrój ale wierzyłem, że pojawią się nazajutrz. I rzeczywiście przed południem kurier dostarczył jakże ważną dla nas kopertę a w niej 3 bilety na niedzielny spektakl. Jedna rzecz mogła tylko nieco niepokoić…Mianowicie cena tej wejściówki… Płaciliśmy za 1 bilet 90 euro(cena na bilecie to… 30 euro) i to wcale nie na najwyższej klasy miejsca. Jednak chciałem mieć wszystko zaklepane i zapięte na ostatnio guzik, także postanowiłem przymknąć troszkę oko, następnym razem człowiek będzie mądrzejszy. Radośni i już o niebo spokojniejsi ruszyliśmy zwiedzać miasto, obeszliśmy je na tyle ile mogliśmy, zahaczyliśmy o Santiago Bernabeu, spróbowaliśmy hiszpańskiej kuchni, napiliśmy się hiszpańskiego piwka i znaleźliśmy się powrotem w hostelowym pokoju. Starałem się wchłonąć tyle ile mogłem, zarówno podczas wędrówki po Madrycie jak i podczas wizyty na stadionie. Wszystko mnie ekscytowało a najbardziej radowała mnie myśl, że najważniejsze dopiero przed nami! Niedziela zaczęła się dość spokojnie, pogoda dopisywała, było co prawda zimnawo ale słonecznie. Po odwiedzeniu Palacio Real de Madrid (Pałacu Królewskiego) nadeszła długo oczekiwana chwila…
Mecz rozpoczynał się o godzinie 21. My z Hostelu wyruszyliśmy coś po godzinie 17-stej. Zaopatrzony w 2 koszulki i szalik Królewskiego zespołu udaliśmy się całą trójką w kierunku stacji Metra. Droga minęła spokojnie, na zewnątrz być może także wydawałem się w miarę spokojny ale w środku buzowały we mnie emocje i skakała adrenalina! Stadion widzieliśmy już dnia poprzedniego i wiedziałem czego mniej więcej mogę się spodziewać, ale była to wizyta na praktycznie pustym obiekcie, teraz to miała być zupełnie inna bajka…
I bez dwóch zdań była! Pod obiektem nie było zbyt wielu kibiców, wszędzie porozstawiane były stragany, gdzie można było zakupić najrozmaitsze gadżety w biało-fioletowych barwach. Ja sam skusiłem się na flagę
Do meczu było jakieś 3 godzinki więc postanowiliśmy udać się na parę piwek do okolicznej knajpki. W środku zastaliśmy mnóstwo socios czekających przy piwku w napięciu na godzinę zero. Wszyscy byli głośni i rozgadani, było w nich widać, że tego wieczoru najważniejsza jest piłka nozna. Z jednej knajpki przenieśliśmy się do kolejnej, kilka Mahou w gardła i kierunek stadionowe bramy! Ludzi nagromadziło się już znacznie więcej, większość przyodziana w klubowe barwy, co poniektórzy ze śpiewem na ustach. Wchodziliśmy przez jedną z północnych bram stadionu, wraz z nami tłum kibiców
Po przejściu kilku pięter w górę i pokonaniu setek schodów znaleźliśmy się na naszej trybunie. Stadion od środka prezentował się znacznie okazalej niż to miało miejsce podczas Tour Bernabeu , a wszystko za sprawą świateł, rozświeconych w każdym zakątku trybun.
Nasze miejsca znajdowały się za jedną z bramek, w narożniku. Widok był jednak nie najgorszy, spokojnie można było śledzić mecz. Było jakieś 2 może 1,5 godziny do pierwszego gwizdka a trybuny świeciły pustkami. Troszeczkę mnie to dziwiło bo zapowiadali prawie komplet? Co jeszcze mnie zaskoczyło i to niewątpliwie na duży plus? To, że trybuny były podgrzewane! Na zewnątrz dość duży chłód, temperatura oscylująca w okolicach 0 stopni a w środku stadionu można było siedzieć w krótkich rękawkach! A wszystko za sprawa grzejników umiejscowionych na około stadionu pod samiutkim dachem. Z minuty na minutę trybuny się zapełniały, ludzi było coraz więcej i szansa na to, że SB się zapełni była dość realna. Próbowałem ogarnąć otoczkę tego wszystkiego ale prawda była taka, że najbardziej czekałem na głównych aktorów czyli piłkarzy!
Pierwsi na rozgrzewce zameldowali się goście z Pampeluny, towarzyszyły im przeraźliwe gwizdy. Tuż po nich wybiegli gospodarze. Trybuny ożyły a w miejscu gdzie rozgrzewali się Królewscy od razu pojawił się kłębek kibiców. Atmosfera gęstniała, wszystko dookoła tętniło, stadion żył własnym życiem. Wraz z nami tego wieczoru na Santiago Bernabeu zasiadło 75 000 kibiców. Dla mnie była to porażająca liczba, nigdy przy takiej publice nie miałem okazji oglądać meczu! Spiker przedstawił graczy, paparazzi zrobili swoje fotki i sędzia gwizdnął po raz pierwszy. Nie wiedziałem nad czym się skupić, czy fotografować, czy filmować, czy na spokojnie śledzić wszystko dookoła?
Stadion ożył na dobre, wszechobecne trąbki słyszalne były jeszcze bardziej intensywnie. Jakie były moje odczucia i spostrzeżenia? Wiedziałem, że kibice na Santiago Bernabeu nie reagują tak fanatycznie i żywiołowo jak np. we Włoszech, Francji nie wspominając już o krajach południowych takich jak Turcja i Grecja… Doping wydobywał się praktycznie tylko z trybuny południowej gdzie swoje miejsca mają szalikowcy i członkowie grupy Ultras Sur. Pozostali ożywiali się tylko podczas groźniejszych akcji i bramek. Pomimo tych dziesiątek tysięcy na trybunach, nie potrafiono z takiej liczby zrobić użytku. Wracając do meczu, to Królewscy, chociaż nie zaprezentowali się ze swojej najlepszej strony, to jednak zdołali pokonać przybyszów z Pampeluny 2:0 po bramkach Van Nistelrooya i w drugiej połówce Sneijdera. Po ostatnim gwizdku trybuny opustoszały w jakieś 15-20 minut, my wyszliśmy chyba jako jedni z ostatnich. Sen trwający jakieś 2 godziny dobiegł końca. Dotarliśmy do naszych noclegów, emocjonalnie wyciśnięci i wymęczeni. Kolejnego dnia nasza przygoda dobiegła końca.
W tym miejscu z całego serca chciałbym podziękować mojej wspaniałej żonie, że tyle przeszła i pozwoliła się zabrać w świat Realu Madryt… Było to dla mnie bardzo ważne! Szacunek i wielką wdzięczność mam także dla Davida, bez którego ta wycieczka bez wątpienia straciłaby na wartości. Z jego ogólnym obyciem i znajomością języka hiszpańskiego przeszliśmy przez Madryt spokojnie i tak jak należy. ¡Gracias Madrid!










