z 2 stycznia 2009
Rozpoczął się kolejny Nowy Rok, jeśli patrzec tylko na cyferki to przeżyliśmy na Zielonej Wyspie tych roczków już 5. Nie dosłownie bo ten najświeższy został dopiero co liźnięty ale praktycznie całą drugą połowę tego dziesięciolecia w tym stuleciu jesteśmy na Wyspach. Generalnie wydarzyło się trochę przez ten czas, wydarzyło się o wiele więcej rzeczy pozytywnych niżli negatywnych. Nauczyliśmy się życ samodzielnie, z dala od Polski, nabraliśmy doświadczenia niezbędnego do przeżycia w tubylczym kraju, poznaliśmy najważniejsze aspekty charakteryzujące Irlandię, które pozwoliły nam na lepsze przystosowanie się do otaczających warunków.
Czy aklimatyzacja przebiegła prawidłowo i bezboleśnie? Wydaje mi się, że poradziliśmy sobie z tym dośc dobrze, jesteśmy dzisiaj w takim miejscu, w którym w Polsce byłoby nam byc o wiele trudniej. A jeśli już doszlibyśmy do tego, to działoby się to znacznie dłużej. Czy czegoś żałujemy? Czy gdybyśmy mieli możliwośc to zrobilibyśmy coś inaczej? Trudno powiedziec, byc może parę spraw puścilibyśmy innym torem ale główny nurt popłynąłby raczej identycznie. W jakim miejscu znajdujemy się dzisiaj? Jeśli spojrzec w kierunku materialno-ekonomicznym to nie jest źle, chociaż zawsze mogłoby byc lepiej… Los chciał, że aktualnie niestety nie mam pracy, czy jest to następstwem tego feralnego zjawiska, które ogarnęło współczesny Świat i które zowie się ,,kryzys gospodarczy” czy może poprostu mam pecha?
Parę miesięcy temu pisałem o tym, że Irlandia jest prawdopodobnie w odwrocie ekonomicznym. Pisałem bardzo ogólnikowo i nie dogłębnie ale to się niestety zaczęło sprawdzac… W roku mojego tutaj przybycia było jeszcze względnie dobrze, w kolejnych latach także. Przynajmniej u mnie była stabilizacja, z czasem przemieniło się to w pewnego rodzaju monotonię ale najważniejsze, że pracowałem. Nie myślałem o tym, że praca może się zakończyc, byc może nie byłem odpowiednio przezorny? Na szczęście opieka socjalna w Irlandii jest na przyzwoitym poziomie tak więc chwilowe załamanie na tym polu nie jest aż tak odczuwalne. Gdyby taka historia wydarzyłą się w Polsce to śmiem twierdzic, że mogłoby byc krucho i trzeba by się było mocno nagimnastykowac… Oczywiście nie jest też tak, że patrzy się tylko i wyłącznie aby wysysac kasę z irlandzkiego bezrobocia, w zaistniałem sytuacji poprostu nie ma innego wyjścia, traktuję to jako ,,zło konieczne” i mam szczerą nadzieję ,że prędzej niż później się to zmieni i wrócę jako jeden z trybików w tej wielkiem machinie pracy. A z drugiej strony skoro się należy to się korzysta. Był też miły akcent, bo mimo kryzysu udało mi się zaczepic na czas jakiś w sklepie. Był to niestety krótki romans ale zawsze coś, coś co napawało małą nadzieją, że się da. A jeśli zerkniemy w stronę ,,szczęścia rodzinnego”? Dwie rzeczy biją wszystkie inne momenty na głowę – bez dwóch zdań i bezdyskusyjnie.
Nasz Ślub i narodziny Victorii. Przy okazji naszego bycia i życia na obczyźnie weszliśmy niepostrzeżenie w dorosłośc, przeszliśmy przez bramę oddzielającą beztroskie dzieciństwo oraz młodzieńczy czas i wkroczyliśmy w Świat codziennej gonitwy oraz kombinowania mając przy tym swój los we własnych rękach, w Świat gdzie za każdy błąd i nierozważny ruch trzeba płacic i brac za wszystko odpowiedzialnośc. Dzisiaj, gdy rodzinka ma nowego członka wszystko to nabiera troszeczkę innego wymiaru, jest jak gdyby spotęgowane. Mówi si, że 2008 rok był zły, szczególnie jego druga połowa – niestety wielu obserwatorów przewiduje, że rok 2009 szykuje się jeszcze gorszy. Odczuwalne jest to głównie przy poszukiwaniu pracy, sytuacja jest taka, że więcej osób zostaje zwalnianych aniżeli przyjętych. Nie są to krzepiące informacje ale życ trzeba bo nie ma innego wyjścia. Dotychczas było dobrze to ufam że i w przyszłości będzie dobrze. Pomimo nie najlepszych prognoz należy zacząc ten nowy rok wibrując pozytywnie i wypluwając z siebie raczej te dobre emocje, z taką radością ducha i z tak promiennym uśmiechem jaki na codzień serwuje nam Victoria…