Tak się złożyło, że wpadają mi ostatnio w ręce książki, które opowiadają o realizacji marzeń. Z reguły są to marzenia bardzo wzniosłe, na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że niewykonalne ale jeśli przychodzi co do czego, to najnormalniej w świecie się one urzeczywistniają. Jak głosi stara i mądra maksyma: wiara czyni cuda! Czy w kategoriach takiego właśnie cudu należy określić historię opisaną przez znaną dziennikarkę i podróżniczkę Martynę Wojciechowską, która zdołała wdrapać się na najwyższy szczyt świata? Z punktu widzenia samej wspinaczki bez wątpienia zdobycie Mt Everestu jest wyczynem ogromnym, niemniej jednak chodzi tutaj o coś więcej…
,,Przesunąć horyzont” to nie jest książka tylko i wyłącznie podróżnicza. Owszem znajdziemy tam obszerne fragmenty i bardzo ciekawe historie związane stricte ze wspinaczką wysokogórską ale ma ona w sobie głębie, ma przesłanie, jest oparta na prawdziwych i trzeba to podkreślić niełatwych momentach z życia autorki. Wydaje się, że gdyby nie ów islandzki moment, który wydarzył się tej feralnej nocy, to kto wie czy książka w ogóle by powstała? Z całą pewnością od tej chwili życie Martyny zostało zmienione, w pewnym sensie skierowane na inne tory i spowodowało, że wykiełkował w jej głowie pomysł na wyprawę w Himalaje.
Dla mnie, osobnika w kwestiach wspinaczkowych raczej niziutkich lotów (och, jak bardzo chciałbym to zmienić!), tego typu wyprawa była niczym miód na uszy (bez skojarzeń :)). Eksploratorem górskich szlaków nie jestem aczkolwiek wcale mi to nie przeszkadza abym je poznawał przy pomocy tego typu lektur. Mówiąc kolokwialnie, kręcą mnie te wszystkie opowieści o zdobywaniu ośmiotysięczników, więc kolejna wyprawa w Góry Wysokie a w dodatku widziana oczami jakby nie patrzeć, amatora i opisana w inny, bardziej przyziemny sposób spadła mi prosto z nieba. Rzecz jasna możemy w niej znaleźć czysto techniczne zagadnienia, jednak da się również wyłowić troszeczkę inną, łatwiejszą do przyswojenia formę. Całość czyta się bardzo sprawnie, połykamy kolejne strony szybko, delektujemy się dzikością, ogromem i niebezpieczeństwem Czomolungmy.
W końcowym rozrachunku Martynie udało się przesunąć horyzont, pokonała własne słabości, odnalazła i wydobyła z siebie ogromną wolę walki, chęć pokonania niemożliwego i udowodniła, że jeśli się czegoś bardzo mocno chce i wkłada się w to całego siebie, to można to osiągnąć. Wspaniałe przesłanie dla wszystkich. Niesamowita książka. Polecam.
Niewątpliwie jest to najlepsza jej książka. Pozostałe zdecydowanie gorsze. Dobrze jest przekraczać swoje granice, spełniać marzenia. Sama nie wiem co tak naprawdę jest do tego potrzebne. Wynika, że chyba jakiś moment przełomowy, desperacja która sprawia, że człowiek decyduje się przejść przez przeszkody, które normalnie wydawałyby się nie do pokonania….Mało kto leżąc sparaliżowany i oglądając alpinistów decyduje się na zdobycie Mount Everestu. Gdzieś tam każdy ma swój Mount Everest. Trzeba “tylko” uwierzyć tak jak piszesz w jego zdobycie, a wiara czyni cuda. Pozdrawiam!
Witaj Rose!
Czyli zacząłem od pisarskiego Mt Everestu Martyny Wojciechowskiej? 🙂 Chyba masz rację, że do tworzenia w naszym życiu rzeczy wielkich, do spełniania marzeń potrzebny jest moment przełomowy choć oczywiście nie można wykluczać, że i bez niego da się coś wielkiego osiągnąć. Trzeba uwierzyć ale chyba przydałoby się parę innych czynników, które mogłyby dopomóc. Osobiście również mam takie swoje Everesty, ciekawe czy uda mi się je kiedyś zrealizować?
Pozdrawiam serdecznie! 😉
Mount Everestem to chyba jest dla niej każda książka poza tą jedną:)Czytałam kobiety na krańcu świata. Pierwsza była ok, ale następne już się czytało ciężko. Po Etiopia Ale Czat już byłam na nią bardzo poirytowana i stwierdziłam, że nie tylko nie potrafi pisać, ale odprawia szopkę w miejscach do których jeździ. Można wywnioskować nie szanuje kultury tubylców i wszystko robi pod telewizję….Nie wiem czy tak jest czy nie. Poczytasz, nabędziesz własnej opinii:)
Uwielbiam za to czytać Cejrowskiego. Lekko, świetnie napisane z wyśmienitym poczuciem humoru.
Potrzeba też odwagi. Zobacz są ludzie, którzy przysłowiowym groszem nie śmierdzą, ale jeżdżą po świecie. I tacy, co pracę porzucają i udają się w podróż życia. Nie wiem co jest konieczne do determinacji. Jeśli się dowiesz to chętnie zaopatrzę się w tą wiedzę tajemną:)
Uda Ci się. Bo czemu nie? I komu jak nie Tobie?
I ja pozdrawiam ciepło!
Pewnie coś w tym musi być, skoro ,,Przesunąć Horyzont” właśnie większość uważa za najlepszą jej książkę. Myślę, że spróbuję w przyszłości sięgnąć po inne książki M.Wojciechowskiej, zobaczymy czy mi podejdą. Co do jej kariery w tv to powiem, że specjalnie tego nie śledzę, nie wiem nawet czy udało mi się obejrzeć w całości choćby jeden jej program ,,Kobieta na krańcu świata”? Rzeczywiście trochę sprawia wrażenie ,,babki z telewizji” ale z drugiej strony prywatnie też włóczy się po świecie, więc określić ją mianem podróżniczki, nie jest chyba na wyrost?
,,Gringo…” Cejrowskiego również udało mi się niedawno przeczytać i masz rację, poczucie humoru ma specyficzne, choć powiem szczerze, że wstawki tłumacza pod tekstem czasami mnie irytowały… No ale ma chłop charakter i osobowość, potrafi to wyrazić – czy to opowiadając czy pisząc właśnie – odbiorca nudzić się nie będzie.
Jeśli zapoznam się z tą tajemną wiedzą o przesuwaniu horyzontu to z całą pewnością się z Tobą podzielę, choć nie wiem czy mój horyzont zadziała akurat u Ciebie? Rzecz indywidualna raczej. 😉
pozdrowionka!