Na Wyspie rozszalała się zaraza, rozpełzła we wszystkie możliwe kierunki, dotarła do każdego domostwa, przyniosła ból, strach i śmierć… Najgorzej żyje się najbiedniejszym, to wśród nich śmierć zbiera najokazalsze żniwo, to oni głównie są dziesiątkowani, to biedota cierpi najbardziej. Wielka, koścista łapa Wielkiego Głodu ścisnęła Irlandię za gardło w połowie 19 wieku, trzymała ją tak przez 5 długich lat i zanim puściła, zdołała wygłodzić na śmierć 1,5 miliona ludzi. Padają pierwsze decyzje: ,,trzeba opuścić nasz kraj i wyruszyć w poszukiwaniu lepszej przyszłości…’’ Dla wielu ruch desperacki, ale z drugiej strony całkowicie uzasadniony. Należy tylko wybrać kierunek, następnie wsiąść na statek i modlić się, aby za wielką wodą żyło się lepiej.
Wielu ludzi mając w ręku upragniony bilet na statek płynący do Ameryki było przekonanych, że już wygrali los na loterii. W rzeczywistości był to dopiero początek – rozpoczęcie nowego etapu w ich życiu, drogi niezwykle ciernistej i wyboistej, na której końcu, wcale nie musiał znajdować się upragniony raj – wielu tej nowej wyspy szczęśliwości niestety nie doczekało.
Kostucha swoje żniwa zbierała już na pokładach statków trumien, które w dalekich od komfortu warunkach, sunęły nieśpiesznie przez wzburzone wody Atlantyku. Nie było dnia bez zgonów – walka o przetrwanie rozpoczynała się podczas kilkutygodniowych rejsów i następnie nabierała zupełnie innych kształtów już na miejscu, w nowych miastach, na nowych ziemiach, w zupełnie innych rzeczywistościach. Lepszy świat? Być może, ale w bólach, w niepewności i nie dla każdego.
Podróż do lepszego świata…
Prycze były piętrowe, zbudowane z kilku drewnianych listew i pokryte cienką warstwą słomy – każdą zajmowały po cztery, nie rzadko obce, osoby. W zależności czy był to żaglowiec czy parowiec, jaki był wiatr i jakie pływy, płynęło się od 2 do nawet 24 tygodni. Szalała dyzenteria, rozpalała ciała gorączka, ludzie czuli, jak gdyby ból rozsadzał im głowy, odczuwali rozdzierającą boleść kości, wielu było pokrytych żółtymi, wodnistymi pryszczami i innymi czerwonymi oraz fioletowymi plamami, ich rany gniły i ropiały… Leżało się w mieszaninie wymiocin i ekskrementów – W najgorszej sytuacji znajdowali się ci, którzy okupowali najniższe miejsca, gdyż cała ta wymieszana, śmierdząca maź spływała im z góry na dół. Często przysługiwała zaledwie jedna toaleta na 100 pasażerów, pod pokład otworami wentylacyjnymi dostawała się woda, panowały ciemności, po brudnych ubraniach latały wszy…
Czy ludzie decydowaliby się na tego typu podróż, wiedząc o tych okropnościach wcześniej? Prawdopodobnie ktoś by został, większość jednak by próbowała, choć czytając dzisiaj niektóre dzienniki pokładowe pasażerów, możemy wywnioskować, że wejście na statek nie było dobrym ruchem. Widziano szalejącą wokół śmierć i żałowano, że niedane im będzie spocząć w irlandzkiej, porośniętej zieloną trawą, ziemi. W zamian czekał na nich ocean i stado wygłodniałych rekinów…
Uchylamy ciemne, masywne drzwi na końcu wybrukowanej uliczki i spokojnie, pomalutku wchodzimy do środka… Zaatakował nas półmrok – czyżby w porcie powoli rozpoczynała się noc? Wypłyniemy w naszą daleką podróż przy świetle księżyca oraz w towarzystwie migoczących gdzieś daleko na niebie gwiazd? Uliczkę portową zastaliśmy raczej pustą i tylko latarnie dawały jakiekolwiek światło. Po lewej widnieje rząd ceglanych budynków, po prawej zaś najważniejsza rzecz w tej części parku, czyli replika dziewiętnastowiecznego żaglowca, którym to ludzie dostawali się do Ameryki. Statek dziś wydaje się potężny, ale co z tej rzekomej masywności, skoro i tak zdany był na widzimisię pogody, wiatru i fal? Cóż z tego, że w teorii był pojemny, jak często zabierał na pokład 200 i więcej osób wraz z dobytkiem? Dwie setki ludzi poupychanych jak szczury podczas 3 miesięcznego rejsu powodowały, że ładowność drastycznie spadała a w zamian zwiększało się ryzyko i niebezpieczeństwo – nie wspominając o wygodach podróży.
Brig Union to dwumasztowy statek żaglowy o długości 30,5 metra. Takim właśnie żaglowcem w 1816 roku do Baltimore żeglowała rodzina Mellonów. Po wkroczeniu na statek, a następnie pod pokład można się samemu przekonać, że podróżnym łatwo nie było. Przywrócono klimat tamtych dni, wszechobecne były odgłosy skrzypiących desek, pokrzykujących głosów, jęków i stęków. Duży, drewniany stół częściowo zastawiono naczyniami i skromnym jadłem. W ciemnym pomieszczeniu stały, siedziały bądź leżały postacie podróżujących kobiet, mężczyzn i dzieci. Aktualnie jest ich tam tylko kilkoro, ale pewne jest, że w 19 wieku statek pękał w szwach.
Gdy znaleźliśmy się już na ,,Brig Union’’, to nie było odwrotu. Tak samo jak Irlandczycy w niespokojnych, dziewiętnastowiecznych czasach wkraczając na pokład zdawali sobie sprawę, że zejdą z niego dopiero po drugiej stronie Atlantyku. Żegnając irlandzką ziemię w portach w Belfaście, Dublinie, Cork, Cobh lub Galway, emigranci byli pełni niepokoju oraz ciekawości, co ich czeka za wielką wodą? Nad nami nie widniało widmo ryzyka, byliśmy podekscytowani i zastanawialiśmy się, w jaki sposób zaskoczy nas dalsza podróż? A, że zaskoczy pozytywnie było pewne, biorąc pod uwagę pierwszą, ulsterską część skansenu.
Po kilkunastu tygodniach dobiliśmy do brzegu. Większość statków przypływało do portów w Nowym Jorku, Miami, Nowym Orleanie, Bostonie lub Baltimore. Ci emigranci, którzy przybywali do kogoś, kto już w Ameryce zdołał się osiedlić z pewnością mieli łatwiej. Lecz zdecydowana większość przybywających przypływała w nieznane i musiała sobie radzić w nowym świecie sama.
Zanim jednak nasze stopy dotknęły nowego kontynentu musieliśmy odwiedzić pewne miejsce. Drugim po Bostonie, najpopularniejszym portem docelowym był ten w Nowym Jorku. Żeby stanąć w nowojorskim porcie, od 1892 roku należało wcześniej przejść proces imigracyjny na Ellis Island. Niewielka wyspa, znajdująca się w północnej części Zatoki Nowojorskiej, przez ponad 60 lat przyjęła około 12 milionów imigrantów (głównie z Europy). Zdecydowana większość podróżnych została przyjmowana, jedynie 2% z całości zawrócono – głównie przez choroby oraz przeszłość kryminalną. Nam nie dane było poznać Ellis Island, my trafiliśmy jeszcze do Castle Gardens, które przyjmowało emigrantów od 1 sierpnia 1855 roku. Wielki gmach na kilka tysięcy ludzi robił wrażenie – kotłowało się w nim niemiłosiernie, ale ominąć go nie sposób. Na szczęście kierunek w przeważającej większości był tylko jeden.
Zeszliśmy z pokładu statku-trumny cali i zdrowi wkraczając od razu na nowe tereny, zostawiając za sobą Irlandię i cały czas patrząc przed siebie. Opuściliśmy portowe doki i skierowaliśmy się w stronę ulic miasta. Na powitanie machała nam z okna miejscowa niewiasta, tuż obok karmił swojego konia Afroamerykanin – inny klimat niż na Starym Kontynencie, można to odczuć od razu.
W naszym przypadku, wszystko wokoło wyglądało nad wyraz spokojnie, zastaliśmy pustkę, tak jakbyśmy weszli do miasteczka duchów, ale kiedyś, w takim Bostonie czy Nowym Jorku było zupełnie inaczej. Zatłoczone ulice, pełne straganowych sprzedawców, mieszkańców, zagubionych przyjezdnych, naciągaczy, złodziei, stróżów prawa latających z gwizdkiem, psy, bezdomnych włóczęgów, umorusanych dzieci, ludzi bogatych, mnóstwo biedoty, konie, zamknięte zwierzęta domowe w klatkach, dyliżanse, drewniane wozy – jeden wielki zgiełk, hałas i pokrzykiwania.
Nasza American Street była inna, nasz upragniony New World emanował spokojem i tej wszechobecnej ciszy daliśmy się porwać, kroczyliśmy niemalże dostojnie, bez pośpiechu, nieprędko. Naszym oczom ukazuje się sklep fotograficzny, mały bank i General Store, w którym można było kupić najróżniejsze towary. Wchodzimy do tegoż sklepu, za ladą stoi sprzedawczyni próbująca nas zachęcić abyśmy coś nabyli. Nic jednak nie kupujemy, wysyłamy jej jedynie serdeczne uśmiechy i wychodzimy. Musimy opuścić miasto, wszak czeka nas jeszcze długa wędrówka po amerykańskiej prerii, wśród farm i domów, wzdłuż rancz, płotów, bezkresnych łąk i pól kukurydzy. Tak samo jak emigranci ze Starego Świata, dzielnie maszerujący przed siebie, z rodzinami, całym swoim skromnym dobytkiem, w charakterystycznych wozach ciągniętych mozolnie przez zaprzęgnięte konie. Brzmi optymistycznie prawda? Przenieśmy się jednak do wymienionych powyżej Bostonu i Nowego Jorku, w których łąki, piękne przestrzenie i pokaźne domy były jedynie mrzonką…
Trudny żywot emigranta…
Sytuacja Irlandczyków, którzy szczęśliwie do Ameryki dotarli z całą pewnością kolorowa nie była. Nie była nawet szaro-bura – okazało się, że czeka ich walka o przetrwanie wcale nie mniejsza aniżeli w dopiero, co opuszczonej ojczyźnie… Zdecydowana większość osiedlała się w dużych miastach, mniej niż 10% decydowała się jechać dalej na zachód. Spowodowane to było biedą (najmniej zamożna grupa imigracyjna ze wszystkich przybyłych), ale także upodobaniem do otwartego, towarzyskiego życia, z codzienną dawką plotek, z rozmowami, z opowiadaniem najrozmaitszych historii, z miłością do muzyki, żartów, śpiewu czy gier słownych. Była niestety również negatywna strona… W rodzimym kraju Irlandczyk, po powrocie do domu znany był ze swojej uczciwości, praworządności i czystości. W Ameryce stare wartości zaczęły się rozpadać i wielu Irlandczyków, zarówno kobiet jak i mężczyzn zachowywało się gwałtownie. W beznadziejnych slumsach Nowego Jorku kwitła prostytucja i pijaństwo. Nie rzadki był widok pijanych dzieci.
Pierwszym wyzwaniem było znalezienie lokum. Podróżni przestraszeni już na samą myśl zetknięcia się z nowym światem, bardzo często trafieni szokiem kulturowym chętnie akceptowali oferty pomocy od różnej maści, nachalnych oszustów. Naciągaczami okazywali się inni Irlandczycy (tzw. Biegacze), którzy obiecywali bardzo dobre warunki w pensjonatach po przystępnych cenach. Miały być posiłki, komfortowe pokoje i możliwość przechowywania dowolnych bagaży a okazywało się coś zupełnie innego. Zamiast wygodnych pokoi zdezorientowani przybysze lokowani byli w zaniedbanych, pełnych robactwa ruderach razem z 8-10 innymi, przypadkowymi ludźmi. Ceny okazywały się trzy lub cztery razy wyższe niż im na początku proponowano i historia kończyła się najczęściej tym, że taki delikwent w momencie skończenia wszystkich funduszy, został okradany z bagażu i bez grosza przy duszy lądował na ulicy, stając się bezdomnym.
Oszukani tłoczyli się w pobliżu doków, gdzie szukali rozmaitej, niewykwalifikowanej pracy. Mieszkano gdzie popadnie, adoptowano opuszczone hale i magazyny, gnieżdżono się w zatęchłych, ciemnych piwnicach, które były częściowo zalewane przy każdej nadchodzącej fali. Opuszczone domy w pobliżu nadbrzeża, należące kiedyś do zamożnych kupców przekształcano w kamienice mieszkalne, w których tłoczono ludzi, wynajmując im pokoje w bardzo wysokich cenach. Zarówno w Bostonie jak i Nowym Jorku notowano wysoki wskaźnik śmiertelności niemowląt oraz drastyczny wzrost przestępczości wśród mężczyzn i chłopców.
Biegacze nie tylko wciskali trefne miejscówki, ale również oszukiwali, sprzedając nieaktualne lub o wiele droższe bilety na pociąg lub statek. Irlandzcy analfabeci, chcący wyruszyć dalej, w głąb Ameryki dawali się naciągnąć i albo nie jechali w ogóle, albo płacili znacznie więcej.

W tamtych czasach praktycznie nie istniały przepisy sanitarne, za nic miano bezpieczeństwo przeciwpożarowe – wynajmujący mógł zrobić, co chciał. Zdarzało się, że w domu jednorodzinnym nad brzegiem morza, zamieszkiwanym niegdyś przez zamożnego kupca, upychano 100 Irlandczyków. Popyt na wszelkiego rodzaju mieszkania był ogromny. Życie w niehigienicznych warunkach (bez wentylacji, kanalizacji, wody i światła dziennego) było wylęgarnią chorób, zwłaszcza cholery. W Bostonie w tamtym okresie aż 60% nowo urodzonych dzieci nie dożywało 6 urodzin. Dorosły, od momentu zejścia z łodzi na amerykański grunt żył średnio jeszcze zaledwie 6 lat.
Te osoby, które chore nie były, zostawały wpędzane w rozpacz. Przeraźliwy hałas, agresywne zachowania napędzane alkoholem, brak zajęcia powodowały wysypywanie się na ulice ludzi oraz piorunujący wzrost przestępczości. Szacuje się, że dziennie przemierzało ulice około 1500 dzieci prosząc o wsparcie i próbując znaleźć zatrudnienie.
Niefachowa, zwykła praca była ograniczona i to powodowało niesnaski. W Bostonie na przykład rozwinęła się ostra rywalizacja pomiędzy Bostończykami a Irlandczykami. Ci pierwsi zarzucali tym drugim zaniżanie stawek – Irlandczycy w swoim rodzinnym kraju zarabiali 8 centów dziennie, w Ameryce dało się wyciągnąć aż 1 dolara. Ogólna postawa anty-Irlandzka i anty-Katolicka doprowadziła do tego, że w sklepowych witrynach, bramach fabrycznych i drzwiach warsztatowych umieszczano informacje, że ,,Irlandczyków nie zatrudniamy!’’
Amerykański sen?
Historia, w której my się znaleźliśmy, wydawała się o niebo bardziej spokojniejsza. Po wyjściu z ,,American Street’’ doszliśmy do pierwszego domu, który pamiętał jeszcze czasy z pierwszej połowy 18 wieku. Samuel Fulton wyemigrował do Ameryki w 1724 roku z hrabstwa Donegal i osiedlił się w Pensylwanii. Osiadł w niewielkim Donegal Springs, które wówczas zamieszkiwane było przez osadników z zachodniego Ulsteru. Ten kamienny dom został wybudowany przez Samuela pomiędzy 1725 a 1750 rokiem z wykorzystaniem polnych kamieni, przy pomocy metod budowlanych wyuczonych jeszcze w Irlandii. Rodzina Fulton posiadała własny inwentarz, uprawiała pszenicę, len i żyto. W skład diety wchodziła dzika zwierzyna, rodzime owoce i warzywa, obficie rosnące w okolicy.
Podeszliśmy kawałek i po naszej prawej stronie pokazała się kolejna, tym razem mniejsza chatka. Log Cabin wykonano z drewna i dla wielu osadników właśnie tego typu przybytki były już na całe życie. Bardziej ambitni pomieszkiwali w nich tylko tymczasowo, do momentu aż udało im się zebrać odpowiednią sumę pieniędzy na bardziej wartościowy dom.

Budowano je z ciętych na odpowiednią długość bali i była to ciężka, kilkutygodniowa praca. Specjalnie ponacinane bale montowano na siebie w narożnikach, powstałe szczeliny w kłodach wypełniano gliną lub błotem pomieszanym z kamieniami i sierścią zwierząt – czasami używano zaprawy wapiennej. Drzwi z ociosanych desek zawieszano na drewnianych lub skórzanych zawiasach.
W środku nie było wygód, ciasne wnętrze składało się z dwóch pokoi, dwóch małych okien, niewielkiego poddasza i kominka. Na ograniczonej przestrzeni gromadzono wszystkie meble, sprzęt kuchenny i cały dobytek sprowadzony ze sobą. W takim właśnie niepozornym domku na początku swojej amerykańskiej drogi mieszkała rodzina Mellon.
Piaszczysta droga doprowadziła nas do skupiska kolejnych budynków. W jednym z nich mieszkał Thomas Mellon z rodziną. Sześciopokojowy dom, z przestronnym wnętrzem i o wiele lepszymi warunkami do życia był przykładem, że upór, trochę szczęścia i mozolna praca przynosi efekty. Takie założenia należało przyjmować, aby w tym nowym świecie utrzymywać się na odpowiednim poziomie. Thomas Mellon tak właśnie robił i krok po kroku piął się, co raz wyżej w społecznej hierarchii.
Można było się poczuć w tym domostwie przytulnie, pomimo, że było tam tak dużo pomieszczeń. Szczególnie kuchnia robiła pozytywne wrażenie – jasna, dość obszerna, z pięknym paleniskiem i sznurem ziół powieszonych na ścianie. W izbie obok trafiliśmy na suto zastawiony stół i krzątającą się przy nim, srebrnowłosą, sędziwą kobietę. Ciekawostką jest fakt, że w każdym większym pomieszczeniu na dole znajdował się kominek.
Domowi towarzyszyły budynki gospodarcze, w których wędzono ryby oraz mięso, trzymano mleko, świeże jedzenie czy magazynowano zboże, w tym spore ilości kukurydzy. Natomiast wielka stodoła z bali drewnianych była głównym budynkiem gospodarczym na farmie – służyła, jako pomieszczenie dla zwierząt oraz była magazynem na paszę. Z kolei w ogrodzie zielarskim uprawiano świeże warzywa, owoce oraz zioła.
Przemieszczaliśmy się po tej Pensylwańskiej krainie powoli zbliżając się do końca. Na nas nie ciążyła żadna presja, byliśmy po prostu ciekawi, ale pewne jest, że Abraham i Nancy Cunningham w 1810 roku mieli znacznie więcej do stracenia. Tak jak wielu innych irlandzkich osadników, tak i oni na początku 19 wieku wyemigrowali do Ameryki. Skuszony niskimi podatkami i generalnie łatwą dostępnością rozległych obszarów dobrej ziemi, nabył on 200 akrów pola pod uprawy. W 1840 roku z topoli, sosny i dębu zbudował dom, który obecnie jest bardzo dobrym przykładem amerykańskiego budownictwa z tamtych czasów.
Obok stała oryginalna chłodnia Cunninghama, gdzie zimna źródlana woda chroniła mleko i inną żywność przed zepsuciem. Może To nie była lodówka, jaką znamy, ale widać, że nawet, wydawać by się mogło prymitywne sposoby, są bardzo skuteczne i spełniają swoją rolę.
Opodal, po sąsiedzku stoi Western Pennsylvania Log House – piętrowy domek otoczony wokoło białym płotkiem. Wybudował go na początku 19 wieku Uriah Hupp, który w 1851 roku poślubił Marinde Cox. Jedno z ich dwanaściorga dzieci Benjamin Franklin Hupp związał się z Clarą D. Kelley, której rodzina przybyła do Ameryki z Armagh w 1719 roku.
W 1827 roku, czyli grubo przed falą największej irlandzkiej emigracji wybudowano West Virginia McCallister House. Dokonał tego Richard McCallister – potomek Jamesa McCallistera, najprawdopodobniej przybysza z Zielonej Wyspy, który wyemigrował w pierwszej połowie 18 wieku.
Dom stał na wzgórzach i w jego powstawaniu wykorzystano okoliczne sosny oraz piaskowiec. Wzgórza wokół domu były zalesione, ziemie uprawne gwarantowały nieustający dopływ pożywienia dla ludzi oraz zwierząt. Rosły tam zboża, len – hodowano również bydło, owce i świnie.
17, 18 i 19 wiek w Ameryce nie był łatwy. Szczególnie dla emigrantów. Zdarzały się różne momenty, ale zarówno ci, którzy osiedlali się na różnej wielkości ranczach, ci którzy docierali w głąb kontynentu, jak i ci, którzy zamieszkiwali Boston i Nowy Jork mieli ciężkie życie. Skomplikowany na swój własny sposób, bo nie da się pewnie porównać amerykańskiej wsi `18 wieku, gdzie dopiero kolonizowano nowe ziemie do gwarnej, wielkomiejskiej gonitwy i walki praktycznie na każdym możliwym froncie. Osobiście, gdybym miał wybierać, to chciałbym się chyba znaleźć w pensylwańskiej rzeczywistości. Bieda miejskich slumsów i do tego slumsów z tamtych lat mnie przeraża. Chociaż z drugiej strony jestem wychowany w mieście i przynajmniej w teorii powinno być mi łatwiej. Ale dziś a wtedy, to dwie różne bajki, zupełnie nie do porównania.
Zastanawiałem się nad taką kwestią: gdzie łatwiej? W mieście czy na wsi? Wydaje się, że skoro ludzie masowo opuszczali swoje domy w Connemarze, w Mayo czy w Kerry i przenosili się do Dublina, czy jeszcze dalej, aż za Wielką Wodę, to wniosek jest taki, że w mieście powinno być lepiej. Zresztą taka tendencja utrzymuje się do czasów dzisiejszych, wsie wyludniają się na rzecz miast, które w niektórych miejscach na ziemi rozrastają się do monstrualnych rozmiarów.
Ciężko odpowiedzieć gdzie łatwiej… Z dzisiejszej perspektywy zdaje się, że było to wybieranie mniejszego zła. Można też powiedzieć, że ówcześni emigranci przetarli szlak, ponieśli swoje ofiary, poświęcili się, aby kolejnym pokoleniom było prościej. Irlandczyk w owych czasach miał najgorzej. Na drabince wszystkich nacji, które wówczas do Ameryki przybywały, był na samym końcu. I całkiem prawdopodobne, że ta właśnie kwestia sprawiła, że Irlandczycy trzymali się mocno i tworzyli swoiste enklawy. Koniec końców udało się najgorsze przetrwać i pomimo, że w bólach, ale Ameryka została ujarzmiona.
Pozostawiliśmy dwa światy, zakończyliśmy fascynującą podróż i pomaszerowaliśmy do głównego budynku parku. Tam w formie ekspozycji zaprezentowana była emigracyjna droga Irlandczyków. Od trudnej decyzji o porzuceniu Irlandii, poprzez podróż na statku, aż po ciężkie życie na obczyźnie. Jedna z sali posiadała kilkaset oryginalnych rekwizytów, które kiedyś należały do emigrantów. Zapoznaliśmy się z tym wszystkim, doczytaliśmy parę informacji i opuściliśmy Skansen Ulstersko – Amerykański. Czas było wracać do domu…
Inspiracją dla tego wpisu były następujące strony internetowe:
www.maggieblanck.com, www.wmni.com, www.ellisisland.org, www.irishamericanjourney.com, www.historyplace.com, www.irish-genealogy-toolkit.com, www.historyplace.com, wikipedia, własne.
Tutaj dla przypomnienia pierwsza część, tzw. Ulsterska : Statkiem śmierci do lepszego świata
Ogłoszenie parafialne: z góry przepraszam (sam na siebie jestem wkurzony), że pojawienie się na światło dzienne tej historii trwało tak długo. Jakby nie patrzeć, to pomiędzy pierwszą a drugą częścią minęłoby niebawem 2 lata. Tak to nie powinno wyglądać, ale koniec końców jest i z tego się cieszę. Mam wielką nadzieję, że kolejne, ciekawe miejsca przedstawiane tu będę z o wiele większą częstotliwością. 🙂
















Ćwirku, jaki comeback! SZACUN dla Ciebie za tak poważne podejście do tematu. Już czytając Twój wpis, byłam pełna podziwu dla Twojej pracowitości i rzetelności – nawet nie chcę wiedzieć, ile czasu poświęciłeś na przestudiowanie odpowiednich materiałów, dokształcenie się i w efekcie wyprodukowanie takiego posta. Powiem Ci, że gdybyś był moim uczniem i oddał mi taką pracę do poprawy, to bez wahania dałabym Ci szóstkę! Zdecydowanie na nią zasłużyłeś. Przyznam się też, że mnie… zawstydziłeś. Bo ten mój post o Ulster-American Folk Park strasznie marnie wygląda w porównaniu z Twoim.
Bardzo podobało mi się w tym skansenie. Nie tylko dlatego, że generalnie lubię zaglądać do parków etnograficznych, by na chwilę przenieść się w czasie i inaczej spojrzeć na naszą rzeczywistość. To jest po prostu naprawdę fajne, klimatyczne miejsce dla turystów, w którym nie tylko można przyjemnie spędzić parę godzin, ale przede wszystkim wzbogacić się o wiele ciekawostek. Tak sobie planuję różne wypady w tym roku i mam wielką chęć odwiedzić Ulster Folk & Transport Museum. Tam jeszcze nie byłam [Ty chyba też nie?], a mam przeczucie, że byłaby to ciekawa wizyta. Niech tylko lato przyjdzie i pogoda nieco się poprawi, bo ten deszczowy początek maja nieco mnie już irytuje. Zaczynam budować drugą Arkę Noego 😉
Co ja jeszcze chciałam napisać? Czytając Twój wpis trudno nie zauważyć podobieństw emigracyjnych – rzeczywistość Irlandczyków przywołuje czasami na myśl początki Polaków na Zielonej Wyspie: przeładowane pokoje i domy, większa swoboda obyczajowa wynikająca z porzucenia dotychczasowego środowiska…
Widzę, że umknął mi Twój poprzedni post, więc zabieram się za czytanie.
Kończę i pozdrawiam serdecznie pozostając w nadziei, że zdecydowanie częściej będziesz nas raczył swoimi wpisami 🙂 Bo nie wierzę, że nie masz nic ciekawego do przekazania. Masz! Nie daj się leniowi i pracuj nad lepszą organizacją czasu [powiedziała Taita, która ciągle nie dokończyła posta z wycieczki na początku kwietnia] 😉
Taito,
Możesz mnie wychłostać za to, że się tutaj, w tym konkretnym miejscu nie odezwałem, że nie odpowiedziałem… Aż wstyd.
No ale odpowiadam 🙂
Co do wielkości posta to powiem szczerze, że taki potworek zajmuje zdecydowanie zbyt dużo czasu. Już chyba było to lepiej rozdzielić na 2-3 opowieści. Byłaby może większa szansa, że czytelnik przebrnąłby do końcowych linijek. Jestem pewien, że ktoś mógł się tej długości przestraszyć i uciec 🙂
Nie daj się leniowi… Jak wszyscy wiemy, leniowi dałem się znowu. Teraz już to wygląda lepiej, ale miałem moment zwątpienia 🙂
Co do UAFP, to najprawdopodobniej sam już tam nie pojadę. Ewentualnie z kimś, kto tam jeszcze nigdy nie był, to tak. Mógłbym robić za przewodnika trochę, aby pokazać. Jest świetnie ale świetnie też jest w innych miejscach, w miejscach, gdzie jeszcze nie dotarliśmy. Na przykład w UF&TM 🙂
pozdrawiam! 😉
Świetna relacja Ćwirku!
Dzięki Pendragonie! Teraz czas na Twoje sprawozdanie z tego miejsca 😉
Po takiej relacji mogę dać zdjęcie i linka do Ciebie! Łatwizna 🙂
Nie krępuj się – nie będę miał nic przeciwko temu 😉