Limerick ze swoimi 92,500 tysiącami mieszkańców jest trzecim co do wielkości miastem w Irlandii. Mówi się także, że jest to ,,Polski Dublin”, szacuje się, że w mieście tym mieszka około 15 000 przybyszów z nad Wisły. Luimneach założyli Duńczycy w 812 roku, był stolicą królestwa Limerick a później siedzibą królów Munsteru. Miasto posiadające ponad 12 wieczną historię dochowało się sporej ilości zabytków i ciekawych miejsc do odwiedzenia, jednym z nich, chyba najsłynniejszym jest Zamek Króla Jana (King John’s Castle).
Osobiście odwiedziłem Limerick dwukrotnie. Za pierwszym razem króciutko, nie udało mi się nawet wjechać do centrum miasta ale raz kolejny był dłuższy, choć myślę, że i tak było to tylko powierzchowne liźnięcie. W hrabstwie Limerick znaleźliśmy się 13 września ubiegłego roku, dwa dni po naszych niezapomnianych wojażach, które obejmowały Wyspę Achill (Klik! i Klik!), Inishmore na Wyspach Aran (Klik!, Klik! i Klik!) a także Connemarę (Klik! i Klik!). Zaplanowaliśmy krótki, paru godzinny postój w Limerick, a konkretniej chcieliśmy zobaczyć Zamek Króla Jana – pokaźną budowlę z 12 wieku. Tuż po zwiedzaniu nasz grafik zakładał, że jedziemy dalej, w kierunku południowo-zachodnim aż do Półwyspu Dingle i Pętli Kerry. Na to wszystko mieliśmy 4 dni, tak więc dłuższa wizyta w Limerick odpadała a przypuszczam, że spokojnie trzeba by było przeznaczyć z jeden cały dzień na zwiedzenie tych wszystkich zabytków się tam znajdujących, na poznanie i poczucie tego miasta. O wspomnianym zamku nie wiedziałem zbyt wiele, kojarzyłem, że jest ale nic poza tym. Dopiero lektura na blogu zaprzyjaźnionej blogerki podkręciła moje apetyty na odwiedzenie King John’s Castle.
Wyprawa rozpoczęła się wczesnym rankiem z Longford (szosa N55). Po około 50 minutach byliśmy w Athlone, stamtąd autostradą M6 zrobiliśmy 60 kilometrów i dojechaliśmy do Loughrea. Kolejny cel naszej podróży to Gort, aby się w nim znaleźć należy przejechać 25 kilometrów (około 25 minut drogą N66). Z Gort do Limerick jest 65 kilometrów (drogą N18). Całość zajęła nam około 195 kilometrów i ponad 2,5 godziny spędzone w samochodzie.



Limerick rzeczywiście okazał się sporym miastem, będąc już na jego ulicach od razu chcieliśmy się skierować w pobliże zamku. Jako, że pierwszy raz tam byłem trochę zajęło aż udało nam się to zrobić. W pewnym momencie jednak pojawił się znak informujący jak do głównej atrakcji turystycznej miasta dojechać. Praktycznie cały czas towarzyszyła nam rzeka Shannon, potężna, majestatyczna, rozległa. Byliśmy na prawdę pod wrażeniem jej szerokości, a już całkowicie zaskoczyły nas fale, niczym na oceanie, które sunęły razem z nurtem. A dlaczego tak się dzieje? Ano dlatego, że Limerick położony jest nad estuarium rzeki Sionna (Shannon), czyli nad poszerzonym, lejkowatym ujściem rzeki do oceanu, powstałym w wyniku działania pływów morskich. Zamczysko zauważyliśmy z daleka, kwestią kilku minut było aż znaleźliśmy się w jego okolicy, zaparkowaliśmy auto i poszliśmy oglądać. Spacerkiem przemierzyliśmy kilkaset metrów i znaleźliśmy się przed szklaną budowlą, która była jednocześnie wejściem do zamku. Znajduje się on w otoczeniu niskich, starych domków szeregowych. Uliczki są wąskie, niektóre jednokierunkowe. Jeżdżąc w poszukiwaniu parkingowego miejsca natknęliśmy się także na drugi, równie ważny zabytek na wyspie – St Mary’s Cathedral zwana również jako Limerick Cathedral. Jest to najstarsza, do dnia dzisiejszego użytkowana budowla w mieście, wzniesiona została w 1168 roku.
Powiew Historii…
Zamek Króla Jana został stworzony na Wyspie Króla (Kings Island), która swoją nazwę wzięła najprawdopodobniej od nazwy samego zamku. Budowa trwała przez 12 lat, od 1200 do 1212 roku. Warto również wspomnieć że, paręset lat wcześniej (w 922 roku) niejaki Thormodr Helgason – Wiking z krwi i kości – postawił tam pierwszą stałą twierdzę Wikingów. W 1172 roku w mieście pojawili się Anglo-Normanie a w 1197 John the Lackland (Jan bez Ziemi), nakazał wybudowanie w Limerick zamku. Zanim się to jednak stało, niejaki Domnhnall Mór ÓBriain spalił doszczętnie miasto w 1174 roku. Jan bez Ziemi (Angielski władca Irlandii), przebywał w Irlandii tylko parę miesięcy (od kwietnia do grudnia 1185 roku), z jego polecenia wybudowano kilka zamków, które miały stanowić silne oparcie dla Anglików na wyspie. Pod rządami Anglo-Normańskimi miastu powodziło się dobrze, zostało ono podzielone na dwa obszary: na Wyspie Króla było tak zwane Miasto Angielskie (English Town) natomiast na południowym brzegu rzeki wyrosło Miasto Irlandzkie (Irish Town). W 1574 roku przygotowano tej oto treści dokument dla hiszpańskiego ambasadora:
,,Limerick jest silniejszy a także piękniejszy od innych, irlandzkich miast. Znajdują się w nim grube mury, ze ścianami wykutymi z marmuru. Wejść do miasta można przez 10 kamiennych mostów. Domy w większości są z kwadratowego kamienia, z czarnego marmuru. Zbudowano je w formie wież i twierdz.”
W 1642 roku miało miejsce Oblężenie Limerick/Siege of Limerick (jedno z pięciu oblężeń miasta w 17 wieku). W tym czasie mury zamku zostały mocno uszkodzone. W tym samym roku zamek został zajęty przez protestantów, którzy uciekali przed irlandzkim buntem (1641 rok) i był oblegany przez siły Konfederatów pod dowództwem Garreta Barr’yego. Barry nie posiadał artylerii, tak więc postanowił podkopywać mury u ich podstawy. To spowodowało, że ich spora część się zawaliła. W późniejszym czasie trzeba było zburzyć pozostałe fragmenty murów, gdyż ich fundamenty były zbyt mocno naruszone.
Na Zamku Jana

Zostawmy jednak karty historii Zamku Jana (bez ziemi) i wróćmy do teraźniejszości. Aby wejść na jego teren trzeba przejść, jak to określono w jednym z przewodników, przez ,,ultranowoczesny, przeszklony gmach”. No cóż, przeszklony to on był, ale do ultranowoczesności troszeczkę brakowało. Szczególnie widać to było po toaletach, które przypominały mi te z naszych pociągów PKP… No ale nie dla szklanych domów tam przyjechaliśmy, choć gwoli prawdy ten gmach, oprócz kompletnego nie współgrania z zamkową scenerią, miał też plusy. W małych salkach kinowych fajnie przedstawiono historię Zamku, w korytarzach poustawiano mnóstwo eksponatów i podobizn dawnych mieszkańców tego miejsca, ściany ozdobione były przez mapy, obrazy i innego typu informacje z tamtego okresu. Można się było sporo dowiedzieć. Zapłaciliśmy po 9 euro, dostaliśmy mapkę i poszliśmy oglądać. Po przejściu przez szklane drzwi naszym okom ukazał się dziedziniec. Spory dziedziniec, na którym poustawiane były rozmaite rzeczy, a to beczki porozrzucane po kątach, a to ławeczki, na których można sobie było przycupnąć; przy murze leżała sobie kupka torfu nakryta foliowym daszkiem, po drugiej stronie stała sobie szubienica, był też stary wóz na drewnianych kołach, obok którego urządzono kącik kowalski. Rekonstrukcja tego zamkowego dziedzińca miała na celu pokazanie, niektóre z rzemiosł i tradycji z 16 wieku. Staliśmy przez chwilkę, próbowaliśmy wszystko ogarnąć i udaliśmy się do zamkowych pomieszczeń. Ogólnie zamek podzielony został na cztery strefy zwiedzania, które pokazują jego historię. I tak w pierwszej można zapoznać się z krótkim streszczeniem ostatnich 100 lat a także zobaczyć pokaz slajdów, przybliżających poprzednie 700 lat. W strefie drugiej urządzono wystawę, z której dowiedzieć się można jak wyglądało codzienne życie na zamku czy też kto z kim w nim walczył, towarzyszy temu opowiadający głos narratora. Jest też kino, z dwoma ekranami, na których przedstawiono historię bitwy podczas oblężenia Limerick w 1691 roku. Strefa trzecia to wspomniany zamkowy dziedziniec. Strefa ostatnia to podziemne wykopaliska.




W północno-zachodniej wieży mieści się replika 12-wiecznej mennicy. Siedzą sobie panowie i tłuką młotkiem, wybijając monety. W wieży tej mieszkał swego czasu kasztelan. Jako, że było to najbardziej umocnione pomieszczenie, toteż przechowywano tam wszystkie cenne przedmioty. Ze szczytu tej wieży rozciąga się ładna panorama miasta, widać rzekę Shannon, widać Thomond Park Stadium a pod nami widnieje stary Thomond Bridge.
W północno-wschodniej wieży siedzi sobie Król Jan, który opowiada o sobie, wspomina sławnego brata Ryszarda Lwie Serce (Richard the Lionheart) i mówi o historii zamku. Jest tam też również zastawiony stół z misami i starym, zielonym dzbankiem. Stamtąd przeszliśmy do wieży południowo-zachodniej, gdzie pokazane były wydarzenia z 17 wieku: oblężenia, traktaty i ważne postacie historyczne. W południowej części dziedzińca odkryto boczne wejście zamku, z którego można było skorzystać, na przykład podczas ucieczki z zamku. Obecnie jest tam wielka dziura, zostanie ona udostępniona zwiedzającym w momencie odnowienia stopni i dróg. Jedne wykopaliska są w trakcie odrestaurowywania ale za to inne można zobaczyć bez problemu. Schodzi się na dół, do ciemnych podziemi, w których dokonano bardzo interesujących odkryć: fragmenty domostw z 11 i 12 wieku czy też elementy umocnień. Szybko udało się zlokalizować przebieg oryginalnego muru wzdłuż Nicholas Street, oprócz tego wykonano ciekawe odkrycia elementów jeszcze z czasów przednormańskich wraz ze świadectwami oblężenia z 1642 roku. Za pomocą tych wykopalisk ustalono, że Zamek Króla Jana został wybudowany na istniejących już fortyfikacjach. Z podziemi, po schodach wychodzi się wprost do sklepu z pamiątkami.
Przed opuszczeniem tego interesującego miejsca pochodziliśmy sobie po głównym budynku informacyjnym, w którym między innymi uczestniczyliśmy w projekcjach filmowych. Całość zwiedzania zajęła nam trochę ponad godzinę, zobaczyliśmy większość o ile nie wszystko, co było do zobaczenia. Zamek prezentował się bardzo korzystnie, bardzo fajnie przedstawiono jego bogatą historię, jest w nim mnóstwo przejść, korytarzy, komnat, są podziemia i spory dziedziniec. W latach swojej świetności zamek musiał być gwarnym miejscem a jego konstrukcja pokazuje, że również pozytywnie spełniał funkcje obronne, choć bywało również bardzo gorąco (1642 rok i słynne oblężenie). Początek naszej podróży zaczął się wyśmienicie, nie dojechaliśmy jeszcze do Dingle i Kerry a już mieliśmy spory bagaż historycznych doświadczeń.






Ćwirku, nie wiem, czy mój komentarz przejdzie, więc piszę krótko 🙂 Pewnie milczałabym, ale skoro zrobiłeś mi reklamę na swoim blogu, to czuję się w obowiązku jakoś Ci się odwdzięczyć 🙂 Dlatego chociaż spróbuję coś napisać. Może tym razem się uda?
Ultranowoczesny gmach? Brzydki to prawda, ale ultranowoczesności w nim nie widziałam. Szkoda, że nie wybudowano centrum, które bardziej “zrastałoby” się z zamkowymi murami.
Widzę, że mieliście całkiem przyzwoitą pogodę 🙂
A poza tym, to chciałam powiedzieć, że podobają mi się ciepłe barwy fotek Spinnerda 🙂
Przesyłam ciepłe i wiosenne pozdrowienia 🙂 Bajkowy dzień dzisiaj mieliśmy – było bardzo przyjemnie, słonecznie i ciepło. Dni tak fantastycznie się wydłużyły. A wiesz, co to oznacza? PODRÓŻE 🙂 Ciekawa jestem, jakie masz turystyczne plany na ten rok?
Hej Taita!
No cóż, reklamę to Ty mi zrobiłaś na Dzień Bloga oferując mojego, jako wartego przeczytania. 🙂 O budynku już pisałem, że średnio mi się podobał ale lepsze chyba to niż nic. Pogoda rzeczywiście mogła być, nie padało a to najważniejsze. Zresztą przez te parę dni naszego wyjazdu padało sporadycznie. Fotki Spinnerda zgadzam się, przyjemne ale, przynajmniej patrząc na mój warsztat fotograficzny, jest to inna liga.
Plany wyjazdowe? Mniej więcej zarys na wycieczki mam ale co uda sie z tych pomysłów zrealizować, czas pokaże. Raczej na pewno zadebiutujemy w Belvedere, nieopodal Mullingar, tak na początek spacerkiem po ogrodach tej posiadłości. A u Ciebie już debiut był? Czyżby wizyta w dublińskim więzieniu?
pozdrawiam z powiewającego zimnym wiatrem Longford! 🙂
Yep, zadebiutowałam w więzieniu 🙂 Dość późno zainaugurowałam tegoroczny sezon turystyczny, ale Kilmainham Gaol to było coś, co już od dawien dawna chciałam zwiedzić. To było jedno z tych miejsc, do których wiesz, że kiedyś dotrzesz, ale jeszcze dokładnie nie wiesz, kiedy to nastąpi. Wizyta co prawda nieco mnie rozczarowała [nie znoszę grupowego zwiedzania, niedostępność cel na piętrach], ale generalnie mówiąc, jest to zabytek, który warto zwiedzić. Uważam, że zdecydowanie większych emocji dostarczyłaby samotna wędrówka tymi ciemnymi i ponurymi korytarzami. Bo wiesz, jak to jest: kilkadziesiąt osób zwiedzających razem z Tobą, hałasujące dzieci [niezbyt zainteresowane tym, co widziały], wchodzenie w kadr, etc. Czasami nawet nie słyszałam wszystkiego, co mówiła przewodniczka, bo tyle było osób, że ciężko było zająć jakąś strategiczną pozycję w jej pobliżu, albo akurat dzieci się rozwrzeszczały wtedy.
Co się zaś tyczy Belvedere House, to tak się składa, że wielokrotnie koło niego przejeżdżaliśmy, ale jeszcze nie mieliśmy okazji zatrzymać się na zwiedzanie. Kiedyś tam pewnie dotrzemy, a póki co, to się nie krępuj 😉 Jedź, zrób rekonesans i powiedz, czy warto 😉
Miłej niedzieli życzę 🙂
Ok, to teraz pozostaje mi kliknąć “opublikuj komentarz” i modlić się 😉
Pisz komentarze, kopiuj je a później w razie czego wklejaj aż do skutku 🙂
Piszesz, że miałaś późny debiut? To w takim razie co ja mam powiedzieć? Jutro już marzec a ja jeszcze nosa poza moją mieścinę nie wysunąłem (w celach turystycznych). Myślę jednak, że już bardzo bardzo blisko aż gdzieś wyruszymy. Dzisiaj miałem ogromną ochotę na jakąś przejażdżkę, aura kusiła strasznie, no ale trzeba było popracować trochę w ogródku 🙂
Podobnie jak Ty, ale to chyba większość tak ma, nie lubię tłumów podczas zwiedzania jakiś konkretnych miejsc, zabytków, muzeów itp. A nie dało się indywidualnie w tym więzieniu? Pamiętam, że w Trim chodziliśmy z grupą (bo tylko taka możliwość tam jest, jak pewnie wiesz)ale to była nie duża garstka ludzi i można było troszeczkę prywatności znaleźć.
Również przejeżdżałem kilkakrotnie obok Belvedere House i także nie udało mi się tam skręcić. Podobno fajne miejsce, trzeba uiścić jakąś opłatę ale słyszałem, że warto. Na rodzinny spacerek, na spokojny debiut, jak znalazł. Na pewno podzielę się tutaj z tego wyjazdu.
Trzymaj się! 🙂
U mnie końcówka lutego była piękna. Zresztą początek marca też niczego sobie, choć ostatnio poranki bywają mroźne, a dopiero później robi się ładnie. Dzisiaj natomiast była potworna mgła i co najgorsze dość długo się utrzymywała.
Co do Kilmainham to niestety nie można było liczyć na indywidualne oprowadzanie. A szkoda, bo moim zdaniem byłby to duży plus dla turystów.
Wejściówka do Belvedere House kosztuje chyba 6 albo 6.50 euro. Już parę razy chciałam tam podjechać, ale ostatecznie zawsze zmienialiśmy zdanie i wybieraliśmy inne miejsce. Zresztą nie wiem, czy nie lepiej byłoby się trochę powstrzymać z tą wizytą. Tam są chyba duże ogrody, a na początku wiosny całość może nie prezentować się aż tak ładnie, jak na przykład latem.
Trzymaj się ciepło!