Spektakularna. Zjawiskowa. Nieprzeciętna. Urocza. Nieprawdopodobna. Widowiskowa. Budząca zmysły. Nie dająca o sobie zapomnieć. Długo można by mnożyć przymiotniki i wymieniać pochwalne określenia. Jedno jest pewne, aby w pełni przeżyć i zrozumieć Gap of Dunloe należy się w niej znaleźć osobiście. Trzeba nią przejechać lub przejść się tam pieszo. Emocje gwarantowane…
Wijąca się niczym wąż droga, wciśnięta jest pomiędzy strome i poszarpane urwiska skalne. Z jednej strony Purple Mountain, z drugiej Macgillycuddy’s Reek’s a w środku widokowa trasa, którą przejechać się jest jak najbardziej wskazane. Jedna z głównych atrakcji turystycznych tuż obok Parku Narodowego Killarney przyciąga do siebie podróżnych i oferuje doznania, których próżno szukać w innych częściach Szmaragdowej Wyspy. Jest po prostu jedyna w swoim rodzaju, cudownie usytuowana i pomimo, że popularna i oblegana, to jednak w pewien sposób dzika.
Gap of Dunloe to wąska przełęcz ciągnąca się z północy na południe i licząca sobie około 11 kilometrów. Jest w w niej 5 jezior: Lough Coosaun, Black Lake, Cushnavally Lake, Auger Lake i Black Lough, przez które przepływa rzeka Loe. Pomiędzy pierwszymi dwoma jeziorkami widnieje stary most łukowy ,,Wishing Bridge”. Jak najlepiej poznać ten wąwóz? Wielu wybiera przejażdżkę bryczką konną. Jedna z okolicznych rodzin prowadzi tego typu biznes już ponad 90 lat.
Wjechaliśmy do przełęczy od strony północnej, skręcając w lewo z N72 i przejeżdżając obok Beaufort – malutkiej mieścinki niedaleko której stoi Dunloe Castle, zamek z 1215 roku. Przełęcz Dunloe można powiedzieć, że zaczyna się przy ,,Kate Kearney’s Cottage”. W tym małym, 150 letnim wiejskim dworku można przysiąść w pubie, racząc się zimnym Guinnessem i słuchając irlandzkiej muzyki, granej na żywo w każdą środę, piątek i niedzielę. Ktoś zgłodniał? Nie ma problemu, jest tam i restauracja. Chcesz pamiątkę? Mamy i sklep z souvenirami. Nie zawitaliśmy w tej rodzinnej posiadłości, pojechaliśmy przed siebie, chcąc jak najprędzej znaleźć się w tej uroczej krainie.



Początek bardzo spokojny, w miarę płaski – widać, że malownicza trasa dopiero się rozpoczyna. Jeziorko z lewej, ,,most życzeń” i kolejne, większe jezioro, tym razem z prawej. Pod żadnym pozorem nie można się śpieszyć, zresztą tak do końca nawet nie idzie szarżować, bo konne bryczki skutecznie spowalniają. Jechaliśmy powoli, czasem przystanęliśmy, starając się zatrzymać piękno tego wąwozu w obiektywie i podziwialiśmy wszystko – z każdym przejechanym metrem co raz bardziej i bardziej. Po dojeździe do jeziorka czwartego zaczyna się zabawa… Skały z obu stron drastycznie wystrzeliwują w górę, jakby ściskając drogę, sprawiają, że można się poczuć przytłoczonym. Właśnie takie dociśnięcie, takie przyduszenie przez owe urwiska skalne, dodają tej przejażdżce kolorytu i niebywałych emocji. Na mnie zrobiło to ogromne wrażenie, prowadziłem samochód i starałem się uszczknąć coś z tego, rozglądałem się bezustannie, a to w lewo, a to w prawo i przed siebie. Trzeba się trochę nakręcić kierownicą – jezdnia ma w sobie mnóstwo skrętów, mniej lub bardziej ostrych, jest wąsko i ciasno. Pod koniec nie dość, że zakrętów jest jeszcze więcej, to jeszcze stromizna drogi diametralnie się zwiększa. W niektórych momentach trzeba się było zatrzymać gdzieś w prowizorycznej zatoczce na poboczu i przepuścić nadjeżdżający z naprzeciwka samochód.
Zwieńczeniem tej kilkunastokilometrowej jazdy jest Dunloe Upper. Tam się to wszystko kończy lub zaczyna (zależy z której strony jedziemy). Tam też zawróciliśmy, bardzo ostrożnie: przód, tył, przód, tył – było nad wyraz wąsko, mały błąd i auto mogło wylądować w sporym rowie. Tym razem jazda z górki, tak więc wszystko z troszeczkę innej perspektywy. Wydaje mi się, że warto zrobić sobie właśnie taką eskapadę po przełęczy w dwie strony, można więcej dostrzec, widzi się inne rzeczy i można to wszystko przeżyć dwa razy.


Zjechaliśmy dziewięćdziesięcio stopniowymi serpentynami w dół, pożegnaliśmy się z głupkowato patrzącymi na nas, pasącymi się na Upper Dunloe, kozami i po chwili przejeżdżaliśmy wzdłuż jeziora. Ten akurat fragmencik okazał się wyjątkowo uroczy: droga parę razy zakręciła, minęła kilka leżących obok niej głazów a następnie ciągnęła się tuż nad wodą. Była przyklejona do jednego z brzegów jeziora, co dawało na prawdę fajny efekt. Z jednej strony spokojna tafla wody, z drugiej wysokie ściany, ostre skały i niemalże pionowe urwiska. Patrzeliśmy na góry, pagórki, spoglądaliśmy na porozrzucane kamienie i skalne bryły, na zielone wzgórza, krzewy, drzewa. Przypatrywaliśmy się skrupulatnie całości, wiedząc jednak niestety, że są to nasze podróżnicze ostatki. Gap of Dunloe była ostatnią pozycją, do której dotarliśmy i którą poznaliśmy. Miejscem niesamowicie wyjątkowym. ,,Jedyne takie” – korzystając ze słów znanej reklamy.
Droga powrotna do domu rozpoczęła się z Killarney około godziny 20:30. Nie chcieliśmy jechać tą samą trasą co parę dni wcześniej (m. in. przez Gort i Limerick) i wymyśliliśmy, że pojedziemy przez: Rathmore -> Mallow -> Mitchelstown -> Cahir -> Cashel -> Thurles -> Templemor -> Roscrea -> Birr -> Cloghan -> Athlone i stacja końcowa Longford. Zaczęliśmy od Hrabstwa Kerry i później, kolejno wjeżdżaliśmy do hrabstw: Cork, Tipperary, Offaly, Westmeath i Longford. Przejechaliśmy 300 kilometrów w ponad 5 godzin, praktycznie cały czas w ciemnościach, drogami zarówno lokalnymi, wąskimi i dziurawymi, jak i odcinkami autostrady (M8 w okolicach Cahir i Cashel). Zmęczenie było ogromne, jadąc myślałem tylko o tym aby bezpiecznie i spokojnie dotrzeć do celu. Marzyłem też z całych sił o ciepłym, wygodnym łóżku i o prysznicu. W Cashel zaplanowaliśmy krótki postój przy Rock of Cashel – niestety nie było odpowiedniej możliwości ażeby zrobić jakieś konkretne, nocne zdjęcia, więc praktycznie bez wysiadania z auta pojechaliśmy dalej. W centrum Birr mieliśmy kontrolę Gardy a około 10 kilometrów przed domem złapaliśmy gumę. Szczęście w nieszczęściu, bo gdyby stało się to gdzieś w okolicach Killarney to bylibyśmy w nie lada kłopocie. Koło za Chiny Ludowe nie chciało się odkręcić i z pomocą pośpieszył niezawodny 😉 szwagier. W domu zameldowaliśmy się po godzinie 1 w nocy. Dingle&Kerry Trip 2010 można było uznać za zamknięte. Zamknięte i ze wszech miar udane. Mam nadzieję, że dałem radę poprzez te 15 tekstów przybliżyć Wam trochę Półwyspy Dingle i Iveragh? Że może na bazie tego bloga kiedyś sami się tam wybierzecie? Na prawdę warto, doświadczyłem tego osobiście i z całych sił polecam! 😉
Przybliżyłeś 🙂 Dzięki Twoim opisom i dokładnym wskazówkom znalazłem kilka nowych miejsc. A Rock of Cashel nie masz co żałować, jest obecnie kompletnie otoczone rusztowaniami i zwiedzanie powinno być w ogóle za darmo. Na zdjęciu byś miał same rurki. Może innym razem będzie lepiej wyglądać. Pozdrawiam!
Rock of Cashel rzeczywiście, już wtedy we wrześniu 2010 było oblepione rusztowaniami. Czyli trwa to do dzisiaj? Masakra. Ciekawe jak to będzie wyglądało gdy w końcu skończą?
pozdrawiam! 😉
jeśli dobrze pamiętam, to nawet w 2012 stały ruszkowania; wtedy po raz pierwszy wybraliśmy się do Rock of Cashel, a w tamtym roku(2015) zamknięta jest część ruin, bo wciąż odnawiają, konserwują, itp. I oczywiście niezmienne tłumy turystów. Plus jest taki, że parking powiększyli i usprawnili to całe oplacanie. A przy okazji, najpierw można obejść miasteczko, wstąpić do sklepu z pamiątkami, nabyć coś, to razem z paragonem otrzymuje się zniżkę na wstęp do zamku. Tak przynajmniej było ostatnim razem, o czym dowiedzieliśmy się na końcu, bo wszystko wykonaliśmy w odwrotnej kolejności.
Ale żeś się dokopała 🙂 Wychodzi na to, że niekończące się remonty tam odbywają. Efekt końcowy musi być piorunujący 🙂 Na razie nie mam w planach aby się tam udać, zamek z daleka robi wrażenie, myślę, że w środku jest podobnie. Dobrze byłoby tam trafić gdy tłum zelżeje, bo oglądanie go w zbyt wielkim towarzystwie troszeczkę odbiera przyjemność ze zwiedzania. No ale nic się nie poradzi, są piękne miejsca to i znajdą się ludzie 🙂
ale ja już Ci pisałam, że powoli przejrzę i przeczytam bloga 🙂 Tłumy to chyba tam są zawsze, no może w okresie zimowym nie, ale tego nie wiem. Zapewne jak już skończą remonty wszelakie – aczkolwiek nie mam pojęcia kiedy! – to będzie inna przyjemność zwiedzania.
Następny raz, kiedy tam zawitamy, będzie zapewne wtedy, gdy ktoś z PL wyrazi ochotę obejrzenia irlandzkiego zamczyska. Waham się jednak, czy nie lepiej pojechać do Cahir…
Moje doświadczenie z Zamkiem w Cashel było mocno powierzchowne i ograniczyło się tylko do kilku zerknięć z okien samochodu. I to jeszcze nocą 🙂 Jeśli tak ostre remonty się tam dzieją to musi być piorunujący efekt końcowy. Rock of Cashel zdaje się, że jest jedną z ważniejszych wizytówek Irlandii, więc pewnie dlatego się tak starają. I chwała im za to! 🙂
Gap of Dunloe jest faktycznie niesamowitym i przepięknym miejscem. A jeszcze jak świeci słoneczko , to nic więcej do szczęścia nie potrzeba , tylko upajać się widokami.Mieliśmy to szczęście , że była cudna pogoda i jechaliśmy bryczką.Chociaż od 30 lat jeżdżę samochodem , nie odważyłabym się przejechać tej trasy. Nie mówiąc o tym ,że w Irlandii jazda odbywa się po lewej stronie , czego jeszcze nie doświadczyłam , bo mam meża , który dzielnie trwa przy kierownicy , podczas naszych irlandzkich wojaży.
Wspaniale opisujesz swoje podróże . Mam wrażenie , że pomyliłeś się ze swoim powołaniem.Czytając Twoje relacje mam wrażenie , jakbym tam właśnie była.
Mam nadzieję , że jeszcze zainspirujesz mnie do odwiedzenia jakiegoś ciekawego miejsca na Zielonej Wyspie.
Na razie namówiłes mnie na Connemare. Tylko , którym szlakiem na terenie Parku mam iśc , żeby nie był za trudny? Gdzie o tym przeczytać?Ile czasu trwałaby taka wędrówka, bez pośpiechu?
Łączę pozdrowienia i do następnego spotkania na Twoim blogu
Cześć Bawo!
Miło czytać, że podobają Ci się opisywane przeze mnie miejsca 😉 Dodajesz kopa do dalszych działań hehe 🙂 Wydaje mi się, gdybyś trochę pojeździła w Irlandii to szybko mogłabyś się przestawić na tutejszą stronę. Skoro 30 lat kręcisz kółkiem to masz odpowiednie doświadczenie. Mnie ostatnio stuknęło 12 lat za kierownicą – czas zasuwa niemiłosiernie do przodu… 🙂
Páirc Naisiúnta Chonamara? Rzeczywiście, warto tam wejść i przejść całość. Są niby 3 szlaki z różnym natężeniem trudności ale bez problemu można sobie poradzić z tym trzecim, teoretycznie najtrudniejszym ale w sumie jest on tylko najdłuższy i trzeba się trochę powspinać – na 100% dasz sobie radę, zresztą aby poczuć piękno tego parku należy przejść go w całości 😉 Poszperaj trochę w moich starszych wpisach a znajdziesz parę opisów tego parku, a tu podam Ci stronkę oficjalną: connemaranationalpark Z 3 godzinki myślę spokojnego marszu wystarczą. Stamtąd jest rzut beretem do Kyllemore Abbey – sama wiesz, że tam również należy wstąpić 🙂 Taka moja rada, najlepiej podziwianie Connemary zacząć od strony Galway, drogą N59 aż do Clifden i potem północną częścią półwyspu, zaczynają się tam świetne widoki masywów Twelve Bens i Maumturks.
Jeśli coś to służę pomocą, wal śmiało z pytaniami 😉
pozdrawiam serdecznie!
Hej Kasiu!
Dzięki za miłe słowa. Pomysły przez Ciebie rzucane są z pewnością świetne, aczkolwiek do takich rzeczy, wydaje mi się, jest daleka droga 🙂 Zbyt małą płotką jestem. No ale marzyć zawsze można. Zdjęcie Tomasza piękne, idealnie wpasowało się do tego tekstu i mam w sumie nadzieję, że się nie obraził gdy zobaczył je na moim blogu 😉
pozdrawiam serdecznie!
co za pamięć! wycieczka w 2010 roku a opis bardzo szczegówłowy i barwny. Nie myślałeś, aby zacząć zarabiać na Waszych talentach? Zdjęcia sprzedawać a opisy też w jakiś magazynach podróżniczych czy chociażby w turystycznym dodatku do wyborczej? A może jakiś mini przewodnik po irlandii wydacie razem z Tomaszem? 🙂