O północnej części Irlandii myślałem już wcześniej parokrotnie. Nigdy jakoś nie było okazji tam pojechać, zawsze woleliśmy odwiedzić inne zakątki Wyspy. Północ była tak troszkę w poczekalni, czekała na swoją kolej i pewne było, że prędzej czy później się tam znajdę.
Dotychczas najdalej w tym kierunku udało nam się dojechać do Sligo, tym razem zależało nam na konkretniejszym poznaniu jeszcze dalej położonych terenów. Mowa o Donegal, najbardziej wysuniętym na północ i odosobnionym hrabstwie republiki. Mieliśmy na to 1 dzień, musieliśmy się zdecydować, którą część hrabstwa Donegal będziemy drążyć. W związku z ograniczonym jednak czasem, postanowiliśmy nie zapuszczać się za daleko.Tylko do Sligo droga zajmuje nam ponad godzinę, a trzeba jeszcze dotrzeć do Donegalu, od którego tak naprawdę zaczyna się przygoda. Tak więc plan był taki aby ten zakątek Irlandii poznać w miarę dokładnie, oczywiście na tyle dokładnie, na ile pozwalałby nam na to czas. Trzeba było wybrać obszar, który zawierałby w sobie ciekawe miejsca, obszar niezbyt rozległy, przez który moglibyśmy stosunkowo szybko się przemieszczać. Padło na Półwysep Glencolumbkille, znajdujący się na zachód od miasta Donegal. Głównym punktem, do którego bezwzględnie chcieliśmy dotrzeć, który miał być celem nadrzędnym naszej podróży były urwiska Slieve League.

Poniedziałek 25 maja zaczął się mało optymistycznie. Niebo, aż po horyzont spowite było chmurami, do granic mozliwości szaro i oczywiście padało… Ogólna ponurość nie zachęcała do jakichkolwiek podróży, jednak nauczony doświadczeniem wiedziałem, że deszcz w Longford wcale nie oznaczał, że w okolicach Donegalu musi być podobnie. Nie mieliśmy pewności, że tak akurat będzie ale i tak aura nie była w stanie nam przeszkodzić. Wyruszyliśmy pełni optymizmu i po około 1,5 godziny jazdy byliśmy w Sligo. Parę kilometrów na północ od Sligo łączą się trzy hrabstwa: Sligo, Leitrim i Donegal. To pierwsze nierozłącznie kojarzone jest z braćmi Yeats: poetą Williamem i malarzem Jackiem. Jadąc drogą N15, w pewnym momencie po prawiej stronie pojawia się ukochana góra braci Yeats – Benbulben. Dostojnie i majestatycznie wyglądająca, na wierzchołku spokojna i płaska , następnie opadająca stromo w dół z charakterystycznym, pomarszczonym urwiskiem. Towarzyszyła nam przez dobrych parę kilometrów i jakgdyby kazała spoglądać w swoją stronę, bo prawdę mówiąc gdy jest się już w jej zasięgu, nie sposób być obojętnym. Wybiegnę trochę w przyszłość tej opowieści i napiszę, że całą niesamowitość mogliśmy obserwować dopiero podczas drogi powrotnej, kiedy to Benbulben wspaniale się prezentował podczas pogodnego zachodu słońca. Dotarliśmy do Donegalu, którego ominęliśmy ładnie bokiem i skierowaliśmy się na zachód, do miejscowości Killybegs.

Musieliśmy pochłonąć około 27 kilometrów, co zajęło nam z 30 minut. Wjeżdżając do tego niewielkiego miasteczka nie sposób nie zauważyć portu, od strony Donegalu główna droga przejeżdża parę metrów od portu, więc postanowiliśmy się tam zatrzymać i troszke się wkoło rozejrzeć. Okazuje się, że Killybegs jest słynne na całą Irlandię, właśnie ze względu na port. Jest on najważniejszy w kraju, jest najbardziej produktywny i w każdej chwili może przyjąć 60 kutrów rybackich. Będąc już tam na miejscu rzeczywiście dało się odczuć, że miasteczko żyje głównie ze względu na port. Większe lub mniejsze trawlery były przycumowane w dokach, czekające na wyjście w morze lub też z tego morza dopiero co zawrócone. Każdy mniej lub bardziej żwawo poruszał się w swoim kierunku, zaabsorbowany jakimś zajęciem, jedni myli pokłady swoich kutrów, inni przygotowywali wielkie, rybackie sieci a jeszcze inni konserwowali statki. My nieśpiesznie wędrowaliśmy sobie portowymi alejkami, podziwiając rybackie kutry, robiąc im fotki i obserwując to co się dookoła dzieje.

Czuć było wszechobecny zapach ryb, w dużej części przez wielką przetwórnie ryb, która znajdowała się tuż obok, czuć było atmosferę tego miejsca, atmosferę w pewien sposób intrygującą. Szczególnie interesująco wyglądały zacumowane rzędy trawlerów, nie rzadko nadgryzionych korozją i solą, pomalowanych na niebiesko-czerwono. W Killybegs nie zabawiliśmy długo, z portu udaliśmy się na małą przechadzkę uliczkami miasta, zajęło nam to może 30 minut i wróciliśmy do samochodu. Większość domów i budynków jest położone na lekkim wzgórzu, jest sporo zieleni a ulice są wąskie i generalnie chyba niezbyt przyjazne dla samochodów. Wchodząc kilkadziesiąt metrów do góry, można spojrzeć w stronę zatoki, gdzie widać cały port w pełnej okazałości. Mijaliśmy domy mieszkalne, kościół, szkołę gdzie uczniowie podczas przerwy ganiali się żwawo po boisku, inni troszkę starsi, jeszcze na dole przy porcie, wędrowali z wcześniej zakupionymi słodyczami i napojami, mnie przynajmniej się wydawało, że tych młodych ludzi jest naprawdę sporo, tak jakby Killybegs obfitowało w co najmniej kilka szkół.

Tak naprawdę pewnie natrafiliśmy na jakąś przerwę między lekcjami, dlatego tej młodzieży była tak duża ilość. Generalnie w pewien sposób urzekło mnie to miasto. Nie jest wielkie, nie liczy dużo mieszkańców ale ma coś w sobie, ma klimat i jest tam atmosfera, którą udało nam się troszeczkę liznać. Czuć, że sercem Killybegs jest port. On napędza trybiki miasteczka, reguluje tempo i zapewnia byt. W dużej części, bo jednak różnego rodzaju sklepy i skepiki, hotele i B&B oraz inne usługi generują, niezbędne do funkcjonowania mieszkańcom, środki finansowe. Wydaje mi się, że najodpowiedniejsza wizyta w tym mieście, tak aby je na spokojnie poznać, pochodzić po tych wszystkich wąskich uliczkach, przejść się przez port, coś zjeść, musiała by trwać z pół dnia. Killybegs takie właśnie jest, miasteczko przejazdowe, aby odpocząć i sunąć dalej, w swoim kierunku. Po ponad godzinnej wizycie udaliśmy się w dalszą drogę, prosto na olbrzymich rozmiarów Klify, na Slieve League…




