Z Killybegs podążyliśmy nieśpiesznie na zachód, mijaliśmy kolejne malutkie mieścinki aż po około 16 kilometrach dojechaliśmy do wsi Carrick. Tam odnajdujemy drogowskaz na Teelin, prowadzi doń lokalna, wąska droga.
Jak dojechać?
3 kilometrowy odcinek pokonaliśmy w mig i odnaleźliśmy kolejny drogowskaz informujący nas o klifach: Bunglass: The Cliffs. Podjechaliśmy jeszcze może z 2 kilometry i zatrzymaliśmy się na małym parkingu, u podnóża góry. I w tym momencie ogarnęło mnie niesamowite zwątpienie… Wspominałem na początku, że gdy wyruszaliśmy z Longford pogoda nie była najlepsza. Pochmurnie, praktycznie cały czas padało, calutką drogę do Donegal siąpił deszcz. Nawet w Killybegs nie było zbyt optymistycznie ale cały czas mieliśmy nadzieję, że być może na klifach się zmieni? Oczywiście świeżo w pamięci mieliśmy nasz nieudany, ze względu właśnie na pogodę, wyjazd na Klify Moheru, jednak nie dopuszczaliśmy myśli, że taka sytuacja może się powtórzyć. I na małym parkingu, rzut beretem od jednych z największych, europejskich klifów sytuacja niestety była identyczna. Mgła jak mleko, czyli nici z upajania się widokami. No ale skoro już się tam znaleźliśmy to postanowiliśmy, mimo wszystko do tych klifów dojechać. Wpierw chcieliśmy dotrzeć na nie pieszo ale na szczęście zdecydowaliśmy się wjechać tam autem.

Jechaliśmy bardzo wąską, momentami dość stromą drogą, która wiła się niczym wąż wokół skalnych żeber. Na szczęście nie mijaliśmy się z żadnym innym samochodem, gdyż minięcie byłoby niemożliwe, na całym odcinku jest tylko parę miejsc, przez które mogą przejechać dwa samochody równocześnie. Wjechaliśmy na samą górę i stał się cud. Mgła niemalże w momencie zniknęła, jeszcze kilkadziesiąt metrów od celu była aż tu nagle myk! nie ma. Poczułem wielka ulgę, uśmiechnąłem się od ucha do ucha i nabrałem nowych chęci.

Slieve League
Tak jak droga przed chwilką była iście surrvivalowa, tak teraz uspokoiła się nieco, nabrała płaskości, szerokości i powiodła nas do wietrznego parkingu na Carrigan Head. Wysiedliśmy z samochodu i naszym oczom ukazał się niesamowity wręcz widok… 600 metrowe urwisko wpadało niemalże pionowo, wprost do oceanu. Ogrom tych klifów budził emocje i powodował szybsze bicie serca. Przed nami znajdował się bezkres oceanu, na prawo Slieve League, a jeszcze bardziej w prawo była mała zatoczka, wciśnięta między wielkie skalne urwiska. Szczyty klifów otulone były jeszcze delikatną mgłą, więc całości zobaczyć nie szło, jednak ta mgiełka, te chmury sukcesywnie ustępowały, co było zwiastunem, co raz to lepszej pogody. Na prawo od parkingu była, że tak powiem główna atrakcja, jednak strome i pionowe urwiska ciągnęły się również w lewo, były one mniejsze ale równie piękne i niebezpieczne. Po paru minutach powędrowaliśmy właśnie w tym kierunku.



Podobnie jak na Klifach Moheru urwiska, praktycznie na całej długości były oddzielone i zabezpieczone. Tyle, że tutaj postawiona została tylko siatka, nie wysoka, bardzo łatwa do sforsowania, oczywiście nikt o zdrowych zmysłach tam nie przechodził, jednak powodowała ona lepszy kontakt z przyrodą. Generalnie wszystkie miejsca na tychże klifach były o wiele łatwiej dostępne i bardziej zróżnicowane aniżeli na Moherach. Tutaj mogliśmy wędrować po okolicznych skałkach, wchodzić na pastwiska bez żadnych problemów, obcować z dziko pasącymi się owcami bądź też przechodzić przez torfowiska czy wrzosowiska. Szczególnie styczność z owieczkami była bardzo bliska, tuż na wyciągnięcie ręki. Pasły się one grupkami, nie rzadko tuż nad samym urwiskiem, bez żadnego strachu skubiąc trawkę i prawie nie zwracając na nic uwagi.


My z aparatami w dłoniach ochoczo poruszaliśmy się na przód, fotografowaliśmy co lepsze scenerie i podziwialiśmy dzikość, niedostępność i ogrom tego miejsca. Była to dla nas wspaniała używka flory i fauny, coś innego, rzadko spotykanego, więc delektowaliśmy się dosłownie wszystkim. Moglibyśmy tak drążyć tę krainę calutki dzień, jednak mieliśmy przed sobą dalsza podróż, więc postanowiliśmy odwiedzić jedno miejsce i potem wrócić w okolice samochodu. Tym miejscem był znaleziony wielki wąwóz, urwisko dość strome acz dostępne… Postanowiliśmy do niego zejść zachowując pełną koncentrację, bo każdy nierozważny krok mógł zakończyć się nie wesoło.

Na dole Wąwozu
Schodziliśmy w dół, w towarzystwie wielkich głazów i kamieni, stawiając kroki uważnie, tak aby nie zsunąć się z hukiem na dół. Będąc coraz niżej, skały nas otaczające robiły się co raz bardziej potężne i przytłaczające. Ocean w dole był co raz głośniejszy, uderzające fale bardziej dzikie i nieokiełznane, odbijały się od wielkich głazów i strzelały wodą na wszystkie możliwe strony… Nie wiem czy ktoś przed nami w to miejsce się pofatygował, my niesieni przygodą musieliśmy skorzystać i te kilkaset metrów w dół pokonać. Zejście i wyjście trwało ponad godzinę, czuliśmy to w nogach ale nie żałowaliśmy tych spalonych kalorii i wylanego potu.






Doszliśmy do auta i przekąsiwszy troszkę udaliśmy się w drugą stronę, wzdłuż małej zatoczki, na ścieżkę oficjalną, tam gdzie wchodził każdy odwiedzający. Aby dotrzeć na samą górę Slieve League spokojnie trzeba poświęcić parę godzin, w naszym przypadku nie wchodziło to w grę, więc doszliśmy tylko do pewnego miejsca, z którego roztaczał się świetny widok, zrobiliśmy upamiętniające fotki i wróciliśmy na parking.

Wizyta na klifach Slieve League bardzo udana, odbiliśmy sobie w całości nieudaną wyprawę na Cliffs of Moher, dopisała pogoda, dopisały niesamowite miejsca i fantastyczne widoki. Dopełnieniem byłoby pewnie wdrapanie się na 600 metrową ścianę (oczywiście wyznaczonym szlakiem) i być może zaatakowanie One Man’s Patch, znajdujące się na samym wierzchołku klifu, do którego dotrzeć można jedynie przez wąską i szalenie niebezpieczną dróżkę, momentami ledwie 60-centymetrowej szerokości, przytuloną do urwiska. Slieve League są o wiele mniej popularne od Cliffs of Moher, o wiele mniej ludzi je odwiedza, są praktycznie nieskomercjalizowane. Dodatkowym utrudnieniem jest dość trudny dojazd. O ile jeszcze samochody osobowe mogą tam wjechać to już autobusy nie mają na to żadnych szans, pewnie to też jest przyczyną zbyt ”słabej atrakcyjności”. Dodatkowym atutem drugich co do wielkości klifów Irlandii jest praktycznie nieograniczona dostępność, oczywiście na dół głównego urwiska dostać się nie sposób ale już inne miejsca, szczególnie tam gdzie my byliśmy, czyli w lewo od Carrigan Head, jak najbardziej.
Polecam wszystkim, jak dla mnie jedna z pozycji obowiązkowych, jeśli idzie o atrakcje turystyczne Irlandii.


Byliśmy tam z mężem. Niestety pogoda nie dopisała. Silny porywisty wiatr i niskie chmury nieco ograniczyły podziwianie widoków. Mimo to warto tam wjechać. A nawet wówczas zapiera dech i nakazuje szacunek dla natury.
Witam!
Rzeczywiście mgła może pokrzyżować plany, szczególnie właśnie na klifach. Ale czasami warto zaryzykować, w jednym miejscu jest mgliście a za moment to mija. Tak było na Slieve League gdzie na dole jeszcze, tuż przed wjazdem na sam szczyt było tak mgliście, że nie było widać nic na odległość kilkudziesięciu metrów. Wjechaliśmy na górę i mgła zniknęła 🙂 Z chmurami podobnie choć oczywiście czasem nie ustąpią i wtedy nici z podziwiania.
pozdrawiam!
Witam ponownie.
Odwiedziłam w Irlandii kilka pięknych miejsc, min. Donegal, Sligo, Plw.Dingle, KiIlarney, Cork i zach Cork. Wicklow, Kilkenny, Carlow. Starałam się poznać miejsca które widziałam. Do każdego z nich pragnę wrócić ponownie. Pobyt jednodniowy budził we mnie apetyt na więcej i więcej. Przed kazda wyprawa studiuje mapy, przeszukuje internet i niestety ciągle jedziemy raczej na wyczucie. Często zatrzymujemy się w miejscach bo na trasie widzę znaki turystyczne. Obawiam się ze i tym razem będzie podobnie. W następny weekend wybieramy sie do Westport. Chciałabym wiedzieć , czy jest tam cos poza miasteczkiem i gorą św. Patryka. Zobaczyć ciekawe miejsca w okolicy, jak zaplanować taka wycieczkę z noclegiem dla kilku osób? Byłabym wdzięczna za garść informacji na mail ewa.zelazek@wp.pl
witam
Tam musi być pięknie,ale to nie dla mnie ponieważ ja panicznie boję się takich miejsc..tzn urwisk
Mój mąż jest zafascynowany takimi widokami,on wręcz uwielbia takie podróże
Hejka!
Skoro mąż bardzo lubi to zapewniam, że byłby w 100% usatysfakcjonowany! Co do strachu to oczywiście są tam zabezpieczenia i wcale nie trzeba (nie zalecane) się wychylać się czy coś w tym stylu. Jeśli jeszcze nie byliście a mielibyście kiedyś okazję to polecam, naprawdę warto!
pozdrawiam!
Witam
Na szczyt (601 m. n.p.m.) nie można wjechać samochodem. Łatwiej tam wejść “oo strony lądu” niż z punktu widokowego usytuowanego niemal u podnóża klifu. Przejście “Ścieżką Jedego Człowieka” dośćć łatwe. Widoki z góry fantastyczne.
Pozdrawiam.
Hej Marek!
Pewnie tak jak piszesz, łatwiej było by dojść na szczyt z drugiej strony – jak pisałem my na górę jednak nie dotarliśmy, więc nie wiem czy Ścieżka Jednego Człowieka jest łatwa, choć gdzieś w przewodniku wyczytałem, że troszkę ryzyka jednak tam jest? 🙂 Wydaje się, że trasa trudniejsza byłaby chyba ciekawsza? Mam nadzieję kiedyś to sprawdzić.
pozdrawiam!