Irlandia obfituje w wiele różnego rodzaju rezydencji, efektownych pałacyków i dworków. Niektóre z nich zachowały swoją świetność, są zadbane i regularnie pielęgnowane. Posiadłości są własnością albo państwa albo znajdują się w prywatnych rękach. Nierzadko bywa, że dana rezydencja jest pod opieką rodzin od stuleci.
Powerscourt House and Gardens to rezydencja neoklasycystyczna, znajdująca się nieopodal Bray. Wzniesiona została w połowie XVIII wieku przez wywodzącą się z Brytanii szlachtę angloirlandzką, która zawłaszczyła sobie sporą część Irlandii. Kilka stuleci wcześniej, w roku 1300 rodzina Le Poer (Power) zbudowała tutaj zamek, który wziął nazwę właśnie od nazwy tejże rodziny. W środku było co najmniej 68 pokoi, hol wejściowy miał 18 metrów wysokości i 12 metrów szerokości. W późniejszych okresach w posiadaniu zamku były możne rody: O’Tooles, Fitzgerald a także Hrabia Kildare. W 1603 roku Zamek Powerscourt wraz z okolicznymi terenami został przyznany Richardowi Wingfieldowi. Anglik, który zasłużył się jako żołnierz w Irlandii, Flandrii, Francji i Portugalii w nagrodę dostał tytuł szlachecki a w 1600 roku mianowany został na marszałka Irlandii. Jego potomkowie zostali w Powerscourt przez następne 350 lat. Powerscourt został znacznie odmieniony w 18 wieku (od 1731 do 1741 roku), kiedy to znany niemiecki architekt Richard Cassels przebudował zamek wraz z jego podstawami. W tym czasie był to jeden z najpiękniejszych domów w całej Irlandii. W sierpniu 1821 roku gościem Richarda Wingfielda, piątego Wicehrabi Powerscourt, był Król Jerzy IV. W latach 30-tych 19 wieku w domu organizowano wiele konferencji na temat niespełnionych proroctw biblijnych.


Trafiliśmy tam tuż po wizycie w Powerscourt Waterfall. Oba miejsca dzieli od siebie zaledwie 6 kilometrów. Ażeby pojechać do tej pięknej posiadłości, należy zjechać z drogi R760, przejechać przez bramę i podjechać może z 2 kilometry. Rzuca się w oczy otwarta przestrzeń, jest mnóstwo drzew i króciutko przystrzyżonych łąk. Na miejsce dojechaliśmy po paru minutach i zakotwiczyliśmy na wielkim parkingu, który przyjął tego słonecznego dnia mnóstwo samochodów. Uświadomiliśmy sobie wówczas, że zwiedzających będzie z całą pewnością nie mniej niż paręnaście chwil wcześniej przy wodospadzie. I tak też w rzeczywistości było…
Wejście na teren rezydencji, a konkretniej na teren rozległych, zjawiskowych ogrodów, które są chlubą i dumą Powerscourt oznaczał uszczuplenie naszego portfela o kolejne 12 euro (6 od głowy). Niemniej jednak nie było to żadnym problemem, gdyż spacer po starannie zaprojektowanych ogrodach wynagrodził nam wszystko i sprawił, że czuliśmy się na prawdę wyśmienicie. Nie zaburzyły nam tego tłumy ludzi, które zalegały na ławkach, łąkach i leniwie przesuwały się przez labirynty dróżek i alejek. Ale zanim się tam znaleźliśmy, trzeba było przejść przez zręcznie zaprojektowany główny budynek i uiścić wspomnianą opłatę. W środku można posilić się w Terrace Café, gustownej restauracji oferującej potrawy zarówno tradycyjne, irlandzkie ale sięgającej także aż po dania z owoców morza. Jest również sklepik (Avoca Stores) mający szeroką gamę prezentów: książki, meble, ubrania, biżuterię oraz perfumy. W Interiors Gallery oczy cieszą gustowne meble, meble tapicerowane i domowe akcesoria. Powerscourt House oferuje również możliwość zorganizowania wesel i bankietów.
Wróćmy jednak do tego co jest najistotniejsze. Ogrody Powerscourt zostały zaprojektowane w dwóch głównych okresach. Ich debiut datuje się na okres pierwszej połowy 18 wieku, założenia były takie aby stworzyć ogród, który byłby częścią szerszego krajobrazu. W późniejszym wieku 6 Wicehrabia Powerscourt instrukcją architekta Daniela Robertsona zmienił oblicze ogrodów. Robertson był wielkim zwolennikiem ogrodów w stylu włoskim, zaprojektował on taras znajdujący się najbliżej domu i dodał rezydencji mnóstwo włoskich cech . W 1844 roku umiera 6 Wicehrabia i dopiero jego syn Mervyn Wingfield, rozpoczął remont domu i stworzył nowe ogrody, których rozwój i budowa trwała około 20 lat i została ukończona w 1880 roku. Za pomocą kombinacji wzorów Robertsona i planów innych ekspertów zostaje posadzona ogromna liczba różnych odmian drzew, tarasy przyozdobiono niesamowitą kolekcją rzeźb, okuć i innych elementów dekoracyjnych. Dalsze pokolenia rodziny Wingfield, na początku 20 wieku dodają Ogród Japoński. W 1961 majątek przechodzi w ręce rodziny Slazenger, która poświęca ogrodom znacznie więcej troski i uwagi.
Będąc już na terenie ogrodów, a konkretniej stojąc na żwirowej alejce tuż przed głównym domem Powerscourt w oczy rzuciły nam się rozległe zielone tarasy, piękne i drobiazgowo wykute rzeźby, idealnie równo skoszona trawa, w oddali drzewa, krzewy, troszkę bliżej kolorowe klomby różnego rodzaju kwiatów. W dalszej perspektywie, dumnie na horyzoncie stoi sobie Wielka Głowa Cukru/Great Sugar Loaf, czyli 500 metrowa góra, będąca częścią Wicklow Mountains. Spoglądając w dół pięknych, wielkich schodów; z najwyższego, piątego tarasu, widać Jeziorko Trytona/Triton Lake oraz tryskającą z niego na 30 metrów w górę fontannę. Z mapką w dłoniach, którą dostaliśmy wraz z biletem, podążyliśmy w kierunku pierwszej atrakcji. Minęliśmy parę rzeźb, pokonaliśmy kilka schodków i znaleźliśmy się w otoczeniu drzew i krzew, które stworzyły swego rodzaju roślinny tunel. Na jego końcu zobaczyliśmy kamienna wieżę. Tower Volley/Pepper Pot Tower wzorowana była na …pieprzniczce ze stołu 8 wicehrabiego Powerscourt i została zbudowana w 1911 roku dla upamiętnienia wizyty księcia Walii. Nie jest ona jakoś przesadnie wysoka, ma może z 16 metrów ale położona wśród drzew prezentuje się bardzo ładnie. Wokół niej porozstawiane są małe armaty a do jej środka dostać się można poprzez niewielkie drzwi usytuowane troszeczkę poniżej gruntu. Spiralne schody prowadzą na górę, z której rozciąga się widok z jednej strony na dom Powerscourt, z drugiej na Wielką Głowę Cukru a dookoła na wysokie, rosnące wszędzie drzewa. Po chwili wędrowaliśmy na dół, zostawiając za sobą wieżę i kierując się w stronę Japońskich Ogrodów. Czuliśmy się wyśmienicie mając dookoła mnóstwo zieleni, zerkając na króciutką trawę, na krzaki większe i mniejsze porozstawiane tu i ówdzie. W pewnej chwili dostrzegliśmy znak: Japanese Gardens, który kierował nas w dół, do niewielkiej dolinki poprzeszywanej małymi drewnianymi mostkami, kamiennymi latarniami i wąskimi ścieżkami.


Wydawało mi się to wszystko takie miniaturowe, aczkolwiek byłem tym w pewien sposób zauroczony. Palmy, strumyczki, oczka wodne, krzewy i kwiaty uwodziły i sprawiały taki wewnętrzny spokój. Dróżki znajdujące się wewnątrz ogrodu sugerują odkrycie naszego wewnętrznego ,,ja”. Z kolei te zewnętrzne, ułożone w górnej części ogrodu zapewniają większą wiedzę o świecie wokół nas. Niedaleko tej japońskiej części Powerscourt są, obrośnięte paprociami i malutkimi zielonymi listkami, skałki. Weszliśmy w nie i znaleźliśmy się jak gdyby w pieczarze, małej jaskini, choć od góry widać było niebo. Stamtąd, kolejnym wejściem podążyliśmy w górę i spoglądaliśmy na Japoński Ogród od drugiej strony. Po kilkunastu metrach staliśmy już nad jeziorkiem Trytona i wpatrywaliśmy się z delikatnie rozwartymi ustami na fontannę, na tarasy i w końcu na kunsztowny i estetyczny Powerscourt House.

Lustro wody obrosło w tysiące wodnych roślinek, jezioro było czyste, widać było zawartość tego co znajdowało się pod taflą. Na środku jakaś klęcząca na kolanach postać kobiety, bądź też mężczyzny a najprawdopodobniej syreny, pluła w górę pionowym strumieniem wody. Fontanna stamtąd wzorowana była na fontannie z Piazza Barberini w Rzymie. Był to chyba najbardziej spektakularny widok w całym Powerscourt, choć od strony najwyższego tarasu Triton Lake i cała panorama również jest niczego sobie. Jeziorko można obejść dookoła, my przemierzyliśmy kolejne kilkaset metrów, przeszliśmy obok Cmentarzu dla zwierząt/Pets Cemetery (na którym pochowane zostały ukochane zwierzęta rodzin Wingfield i Slazenger) i znaleźliśmy się w zasięgu wzroku kolejnej fontanny, wyrastającej z niedużych rozmiarów stawu. Dolphin Pond, czyli wspomniana fontanna i staw otoczone są przez okazałe drzewa a także przez Kryptomerię Japońską (Cryptomeria Japonica). Są tam ławki, można na nich przycupnąć, trochę odpocząć, z czego skorzystało parę osób. My odpoczywaliśmy samym tym spacerem, tą bujną roślinnością, głaskani słońcem, nieprędko maszerowaliśmy przed siebie.




Jedna z końcowych stacji w tym zjawiskowym miejscu to Walled Garden/Kamienny Ogród. Wchodzi się do niego przez metalową, pięknie zdobioną bramę. Przypominało mi to bardzo podobne wejście, do równie ładnych, chociaż ciut innych kamiennych ogrodów, znajdujących się w Lough Rynn House & Garden. Tutaj jest tylko jeden poziom, jest główna alejka, po której obu stronach rosną sobie kwiatki i inne różnego rodzaju krzewy. Sprawiało to wrażenie ,,wolnej amerykanki”, czyli wszystko bez ładu i składu. Tak jakby posadzono roślinki i powiedziano im: róbta se co chceta! I roślinność posłuchała, bujnie rozrastając się po kamiennym ogrodzie. Po paru chwilkach minęliśmy małą, kolejną już tego dnia fontannę, tym razem Syrenki i opuściliśmy pierwszą część Walled Garden. Część druga zdawała się być bardziej poukładaną. Nie było takiego szalonego przepychu i dzikości, wszystko miało swoje miejsce, kwiaty rosły sobie w wyznaczonych do tego klombach, drzewa zostały starannie i równo przystrzyżone a trawa przypominała tę ze stadionów piłkarskich. W tej scenerii zrobiliśmy sobie krótki postój, usadowiliśmy się starannie na jednej z ławeczek i pochłonęliśmy to co tam mieliśmy do jedzenia. Tuż obok naszej ławki, parę metrów od nas widniała Bamberg Gate, czyli solidna i bogato zdobiona brama z 1770 roku, którą sprowadzono z Katedry w Bamberg, w Bawarii.



Nasza wizyta w Powerscourt powolutku zmierzała ku końcowi. Zrobiliśmy rundkę, która wedle mapy ma trwać godzinę. Nam zeszło trochę więcej. Ostatnia stacją były ogrody włoskie, stworzone tuż przed domem, pod głównym wejściem.

Italian Garden są jedyne w swoim rodzaju, zaprojektowane przez Daniela Robertsona budowane były przez 100 mężczyzn i ukończone po 12 latach. Charakterystyczne tarasy zbudowano w latach 1843 i 1867, trzeba było wielkich umiejętności aby rozwiązać problem odwadniania w tym miejscu. Tarasy były zdobione rzeźbami, na najwyższym użyto marmuru, na niższych brązu. Posągi zostały zebrane z różnych części Europy w 19 wieku, przez 6 i 7 wicehrabiego Powerscourt. Na samym dole tarasów, tuż nad jeziorkiem stoją naturalnej wielkości, dwa skrzydlate konie / Winged Horses, które zostały wykonane w Berlinie w 1869 roku. Konie miały za zadanie chronić i opiekować się jeziorem, wykorzystane zostały także w herbie rodowym Powerscourt. Każdy szczegół tarasów został starannie zaprojektowany. Nie jest przypadkiem, że nie ma idealnej harmonii pomiędzy zboczami, rzeźbami, klombami, jeziorem wraz z otaczającymi go drzewami. W związku z tym powstał widok, który jest wspaniały podczas każdej pory roku. Robiły wrażenie wielkie, szerokie schody, które prowadziły w dół każdego tarasu. Aby do nich dojść, najpierw schodzi się na duży taras, którego podłogę zdobią mozaiki zrobione z czarnych i białych kamyczków. Akurat te wszystkie elementy dekoracyjne, rzeźby, schody, kamienne donice czy metalowe poręcze były ułożone symetrycznie.
Czas kończyć było tą błogą i spokojną wędrówkę. Niedziela 15 sierpnia 2010 roku z całą pewnością nie ulotni się szybko z naszej pamięci. Mieliśmy ogromne szczęście, że akurat pogoda była tak ciepła i słoneczna. Dodawało to Ogrodom Powerscourt uroku, sprawiało, ze zieleń nabrała jeszcze bardziej intensywnych barw, a kwiaty biły po oczach swoją kolorowością. W sierpniu było pięknie lecz przypuszczam, ze w maju, gdy cała ta bujna roślinność zakwita, musi tam być jeszcze piękniej. Wspomniałem na samym początku, że wraz z nami po Powerscourt spacerowały tabuny zwiedzających. Być może nie wszystkim by to odpowiadało, pewnie większość wolała by spacerować w samotności, sam na sam z naturą, jednak taka sytuacja jest niemożliwa. Powerscourt jest dobrem wszystkich i każdy ma prawo tam przebywać. Posiadłość na tym zarabia a biorąc pod uwagę jak spora ilość ludzi tam przyjeżdża, to można sobie wyobrazić, że strumień pieniędzy płynie obfity. Podczas naszych wojaży po wyspie, odwiedziliśmy parę tego typu miejsc, każde miało coś w sobie, każde było na swój sposób niepowtarzalne ale to chyba właśnie Powerscourt przewodzi stawce.



