Całe tomy zostały już napisane na temat kryzysu w polskiej piłce nożnej, mądre głowy, eksperci ale także szeregowi kibice głowią się nad tym co zrobić aby było lepiej? Przyczyn obecnej degrengolady oczywiście jest wiele, każda z osobna wpływa bezpośrednio lub pośrednio na taki stan rzeczy i bardzo trudno znaleźć złoty środek. Więcej
Plaża Streedagh
Rok 1588. Statki należące do Hiszpańskiej Armady, po przegranej bitwie pod Gravelines z angielską flotą marynarki wojennej...
Więcej
Noc Wielkiego Wiatru
Noc Wielkiego Wiatru (w języku irlandzkim znana jako “Oiche na Gaoithe Móire”) była najbardziej niszczycielską burzą...
Więcej
Wędrówka ulicami Dublina
DUBLIN przywitał nas umiarkowanie przystępną aurą. Na początku mieliśmy na niebie solidną dawkę chmur ale z czasem te chmury się...
Więcej
Białe plaże Connemary
W ,,białej” Zatoce Psów i w równolegle do niej leżącej Gurteen Beach, udało mi się znaleźć po raz kolejny zaawansowaną...
Więcej
Rindoon – wizyta w średniowiecznym mieście
Jak to mówią: wszędzie dobrze ale w domu najlepiej. Podczas podróżowania, w momencie odkrywania nowych miejsc, nie zawsze może...
WięcejJestem po zakończeniu oglądania meczu Barcelony. Stwierdzam, że nie stracili zupełnie nic z magii, którą czarowali wszystkich, jednocześnie ogrywając kolejnych swoich rywali w poprzednim sezonie. Powiem szczerze, że pomyślałem sobie, tak nie śmiało i delikatnie, że Barca ma lekki spadek formy, kiedy to w 3 ostatnich spotkaniach udało jej się wygrać zaledwie raz i to skromnie, bo tylko 1:0 z Almerią. Więcej
Moje pierwsze spotkanie z Andrzejem Gołotą odbyło się 13 lat temu. Wtedy 28 letni pięściarz stanął w szranki z amerykańskim bokserem Ridickiem Bowe. Walka, którą dobrze pamiętam, w której działy się rzeczy niesamowite, ze zwrotem akcji i końcowym, bardzo niekorzystnym dla Polaka rezultatem miała miejsce 11 lipca 1996 roku w nowojorskiej Madison Square Garden. Więcej
Uważacie, że niesamowita atmosfera jest podczas meczy piłkarskich we Włoszech? A może myślicie, że na Bałkanach jest szczyt kibicowskiego szaleństwa? Pewnie znajdą się tacy, którzy na piedestale postawią nasze polskie podwórko. Ja jednak jestem zdania, i znający temat ultrasowania szeroko pojętego pewnie także, że fanatyzm w pełnym tego słowa znaczeniu objawia się tylko w Turcji. Więcej
Tym razem krótko. Szykuje nam się dzisiejszego wieczoru fajna ligo-mistrzowska gra. Do Madrytu przyjeżdża AC Milan, czyli drużyna która zajmuje 2 miejsce w klasyfikacji wszech czasów jeśli idzie o Puchary Mistrzów. 7 trofeów robi wrażenie i tylko Real Madryt może się poszczycić większą ilością (9). Więcej
Wszyscy kibice w Katowicach bardzo dobrze pamiętają jak zaciekle GieKSa, szczególnie w rundzie wiosennej sezonu 2008/2009, broniła się przed spadkiem do 2 ligi. Pomimo, że było to zadanie bardzo trudne do zrealizowania i każdy brał pod uwagę , że może się nie udać, to jednak wszyscy, wspólnymi siłami doprowadzili do upragnionego finału. Więcej
Wjeżdżając do Cong chcieliśmy jak najprędzej odnaleźć Ashford Castle. Na szczęście od razu się to nie udało. Na pierwszy ogień, jakgdyby przystawka do głównego dania, poszły ruiny, na które przypadkiem natrafiliśmy.
Cong Abbey to Opactwo, które powstało na początku 7 wieku przez św. Feichina. W 12 wieku zostało strawione przez pożar i dopiero w 1135 roku zostało odbudowane przez Wysokiego Króla Irlandii Turlougha Mor O’Connora. Jego syn ostatni Wysoki Król Irlandii Rory O’Connor, tuż przed Inwazją Normanów zbudował nowe budynki a także mieszkał w opactwie przez ostatnie 15 lat swojego życia (zmarł w 1198 roku). W 1203 roku Cong zostało zaatakowane przez Normańskiego rycerza Williama de Burgha i ponownie trzeba było odbudować Opactwo. Obecny Kościół i prawdopodobnie fragmenty Klasztoru, w którym mnisi pracowali oraz modlili się, należą z przebudowy, która miała miejsce na początku 13 wieku.
Ruiny Opactwa widoczne są bez problemu, przejeżdżaliśmy obok i postanowiliśmy zobaczyć je z bliska, od środka. Nie wiem jak Daniel, ale ja, będąc już na terenie Cong Abbey poczułem wiatr historii, kilkusetletni zefirek pamiętający czasy średniowiecznej Irlandii, który teraz krążył gdzieś między drzewami. Uruchomiłem wyobraźnię i przechadzając się nieśpiesznie starałem się odtworzyć chwile, kiedy to mnisi wędrowali po Opactwie, cieszyli się otaczającą ich przyrodą, medytowali w skupieniu… Teren Cong Abbey jest dość spory (oczywiście z wielkością rozległych obszarów przy Ashford Castle równać się nie może), można tam odbyć miłą, relaksującą przechadzkę, zaczynając od głównego budynku, poprzez park i kończąc w małym lasku, tuż za przepływającą przez Opactwo River Cong. Rzeczka zaledwie 2 kilometrowa wpływa do Lough Corrib i posiada Chatkę Rybaka, chatkę która nas zainspirowała i której poświęciliśmy momencik.
Monk’s Fishing House prawdopodobnie powstał w 15 lub 16 wieku. Mały kamienny domek stoi na kamiennej podstawie, a wokół i pod nim przepływa rzeka. Wchodzi się do wnętrza, bardzo surowego i na samym środku znajduje się pułapka na ryby. Była to wnęka w podłodze, do której rybak wkładał siatkę i ryby płynące razem z prądem rzeki wpadały do niej bez opamiętania. Prosto z wody lądowały w małym , kamiennym piecu, gdzie je podpiekano a następnie z chatki rybaka, specjalnie skonstruowaną liną, transportowano do kuchni. Będąc na rzece Cong, na mostku obok chatki rybaka i spoglądając w stronę ujścia rzeki do Lough Corrib można zaobserwować mury Ashford Castle. Wydawało nam się, że jest to rzut beretem ale aby dostać się na teren Zamku samochodem należy przejechać może z 2 kilometrowy odcinek. Pokręciliśmy się jeszcze troszeczkę po Cong Abbey i wróciliśmy do samochodu.
Niesamowity Ashford Castle…
Ashford Castle został zbudowany w 1228 roku przez Anglo-Normańską rodzinę de Burgo. 350 lat później – po zaciętej walce pomiędzy siłami rodziny de Burgo a wojskami angielskimi, Ashford Castle przeszedł w ręce nowego pana – Sir Richarda Binghama. W roku 1589 pod jego panowaniem wzmocniono enklawy w okolicach Zamku. W 1715 roku majątek został przejęty przez Rodzinę Oranmore i Brown, która poprzez 17-wieczny francuski styl zmieniła oblicze Zamku i przywróciła jego dawną świetność. W 1852 roku Nieruchomość została zakupiona przez Sir Benjamina Guinnesa, który powiększył teren do 26 ooo akrów, zbudował nowe drogi i zasadził tysiące drzew. Po jego śmierci w 1868 roku Zamek przeszedł w ręce Arthura Edwarda Guinnesa, Pierwszego Barona Ardilaun (syna Benjamina), zapalonego ogrodnika, który nadzorował rozwój wielkich lasów otaczających posiadłość. Baron Ardilaun przebudował również całe zachodnie skrzydło Zamku. W 1939 roku Ernest Guinnes sprzedał Zamek Noelowi Huggardowi, który otwiera tutaj Hotel. W 1951 roku zostaje tu nakręconych większośc scen do filmu Johna Forda – Quiet Man z Johnem Waynem i Maureen O’Harą. Kolejna ważna data to 1971 rok, wtedy to Ashford Castle zostaje kupiony przez Johna Mulcahy. Nowy właściciel nadzorował gruntowną renowację, podwoił wielkość i dodał nowe skrzydło. Oprócz tego nieopodal zostaje zbudowane pole golfowe a także opracowane ogrody. W 1985 roku grupa inwestorów irlandzko- amerykańskich kupuje Ashford Castle za 50 milionów euro. Od 2007 roku majątek należy do Gerry’ego Barretta i jego rodziny.
Podjechaliśmy pod główną bramę. Wejścia strzegł strażnik – niezły gaduła – poinformował mnie o wszystkim, zachwalając przy tym Ashford Castle i obszerny teren wokół w taki sposób, że jeszcze bardziej chciało nam się wjechać do środka. Chociaż z drugiej strony, słuchając tego gawędziarza, można było się uśmiechnąć i troszeczkę przymknąć oko. W momencie, kiedy stwierdził, że mam longfordzki akcent, zrozumiałem że jego bajania są na potrzeby turystów. Wjechaliśmy do środka szczuplejsi o 10 euro i podążyliśmy w kierunku Zamku. Wiedzieliśmy wcześniej, że obszar Ashford Castle jest ogromny i w pełni się to potwierdziło. Aby dojechać do celu trzeba pokonać około 2 kilometry wąską drogą, otuloną polami golfowymi oraz mnóstwem drzew i krzewów. Pokonawszy ten odcinek, naszym oczom ukazała się okazała budowla – Ashford Castle, a za nim bezkres Lough Corrib. Stylowy Zamek o charakterze Wiktoriańskim z 7 wiekami na karku, prezentował się fenomenalnie. Zresztą nie może być inaczej, skoro dzisiaj znajduje się tam 5 – gwiazdkowy, elegancki i wytworny Hotel. W przeszłości hotelowymi gośćmi były takie osobistości jak: Henryk V – król Anglii, pisarz Oscar Wilde, Amerykański prezydent Ronald Reagan, Książę Edward, Amerykańskie Senator Edward Kennedy (Brat J.F. Kennedyego), aktor John Wayne czy też Książe Monaco Rainier III z Księżną Grace.
Pod sam Zamek podjeżdżać mogą tylko goście hotelu i pracownicy. My zatrzymaliśmy się na parkingu tuż przed mostem, który prowadził do Zamku. Ashford Castle od reszty lądu oddziela River Cong, która w tym miejscu wpada do Lough Corrib. Jest dość szeroka i z całą pewnością była skuteczną przeszkodą przed najeźdźcami, starającymi się zdobyć Ashford Castle przez te wszystkie stulecia. Zamek od frontu był ładny ale dopiero, gdy przeszliśmy na drugą stronę, zobaczyliśmy całą jego niesamowitość. Oświetlone przez słońce mury, porośnięte bluszczem, dziesiątki różnej wielkości okien, wieżyczek a wszystko rozciągnięte na kilkadziesiąt metrów. Po jednej stronie Zamek/Hotel – po drugiej początek Lough Corrib.
Ashford Castle jest duży, jednak to tylko niewielka część całego, liczącego 110 kilometrów kwadratowych terenu. Nie zapuszczaliśmy się w głąb wielkiego parku, nie chodziliśmy kilometrami ścieżek i alejek. Zajęłoby nam to z pewnością parę godzin, więc skupiliśmy się na terenie okołozamkowym. Podeszliśmy nad brzeg jeziora, lizneliśmy kawałeczek leśnych alejek ale przede wszystkim weszliśmy do zamkniętego, kamiennego ogrodu, w którym niegdyś rosły różnego rodzaju warzywa i owoce. Aby do niego wejść, trzeba przejść przez kilkumetrowy, lekko kręty ciemny tunel. Ogród robił wrażenie delikatnie zaniedbanego, być może pora roku nie ta? Chociaż końcówka maja chyba powinna sprzyjać pojawianiu się roślinek? Nie wiem. Budynki gospodarcze wydawały się być opuszczone, ogrodowe dróżki lekko zapuszczone, więc chyba lata świetności tego miejsca minęły. A szkoda, bo miejsce naprawdę urocze. Grzechem byłoby nie wspomnieć o fontannie tuż przed Zamkiem.
Fontanna bezustannie pluła wodą, woda wpadała do sporych rozmiarów okręgu, wokół był jasny żwir a dalej połacie równiutko przystrzyżonej trawy. W trawce gdzieniegdzie posadzone były klomby kolorowych kwiatów, które podziwiać można z ławeczek, licznie posianych wkoło. Na zakończenie naszej wizyty cofnęliśmy się do rozległych pól golfowych. Szliśmy drogą i łapaliśmy fragmenty ciekawych miejsc. Tu wielkie i monumentalne drzewa, tam mniejsze i równie okazałe krzaki. Trawa, jak to na polach golfowych, była przystryżona do granic możliwości, równiuteńka jak dywan, gęsta, przykuwająca swoim widokiem i kusząca aby jej dotknąć, aby po niej pochodzić. Przeszliśmy około kilometra i wróciliśmy do nieopodal zaparkowanego auta.
Po wyczerpującej, 2-dniowej wyprawie, nasiąkniętej przykodą, przyrodą i cudownymi krajobrazami czas było wracać do Longford. Nie wszystko podczas tej wycieczki odbyło się tak jak żeśmy sobie wcześniej zaplanowali, bo Klify Moheru ukryły się za gęstą mgłą. Pogoda również była różna, zmienna, nie rzadko deszczowa. Ale generalnie było ciepło i w najważniejszych momentach słonecznie. Do domu mieliśmy 130 kilometrów, czekała nas więc ponad 2 godzinna jazda. Na początek drogą R331 dojechaliśmy do Claremorris, następnie wjechaliśmy na N60 i po około 68 kilometrach dotarliśmy do Roscommon. Z Roscommon do Longford wiedzie trasa N63, czyli równe 30 kilometrów. W domu zameldowaliśmy się w sobotę po godzinie 21. W niedzielę mieliśmy pozostać na miejscu. Ale już w poniedziałek czekała na nas nowa przygoda.
Nareszcie koniec, można by rzec. Koniec eliminacji do przyszłorocznego Mundialu, eliminacji nad wyraz nie udanych dla naszej reprezentacji, przegranych z kretesem, szczególnie w drugiej ich fazie, zawalonych na całej linii. Zbyt wiele było potknięć, niewytłumaczalnych błędów zawodników, głupich porażek… Więcej
Rzuciły nas te losy życia daleko, tysiące kilometrów od Polski, niemalże na skraj Europy. Kraj wietrzny, deszczowy, niezmiennie zielony przyjął nas pod swoje skrzydła, dał pracę, pozwolił nabrać doświadczenia i otworzył nowe możliwości. Więcej
Od momentu, kiedy na powrót bytomska Polonia zawitała do Ekstraklasy, skazywana była na rychły spadek. Powiem szczerze, że sam nie dawałem im zbyt wielkich szans i myślałem, że góra sezon i niebiesko-czerwoni spadną o szczebel niżej. Bo jak tu sądzić inaczej, gdy klubowa kasa praktycznie nonstop świeciła pustkami, trudno było związać koniec z końcem, zaplecze stadionowe wołało o pomstę do nieba a i personalnie bytomianie odstawali od reszty. Przynajmniej teoretycznie, bo jak się później okazało, udało się to jakoś poskładać do kupy i stworzyć ciekawy zespół. Więcej















